Adrianna Sobota – macierzyństwo stworzyło mnie na nowo


    W naszym cyklu o łączeniu macierzyństwa z pracą chciałam Wam przedstawić kolejną bohaterkę. Adriannę poznałam zanim została mamą. Spotkałyśmy się na szkoleniu z zarządzania sobą w czasie. Wydała mi się niesłychanie zajętą, pracowitą i tryskającą, co chwilę nowymi pomysłami kobietą. Taką z gatunku tych ludzi, którzy nie posiedzą spokojnie, bo zaraz sobie coś nowego wymyślą. Wiedziałam, że urodziła dziecko i gdy dzwoniłam do niej z propozycją rozmowy byłam pewna, że już dawno wróciła do pracy, a jej synek raczkuje gdzieś na biurowej wykładzinie. Tymczasem życie napisało zupełnie inną historię. 

    Mam wrażenie, że całą ciążę pracowałaś na najwyższych obrotach?

    – Pracowałam do 30. tygodnia ciąży po 12-13 godzin na dobę. Pracowałam w swojej firmie i w firmie rodzinnej. Wtedy zupełnie inaczej mierzy się czas pracy, a raczej wcale się go nie mierzy. Ja to lubię. Mnie „chce się chcieć”. Gdyby lekarz nie pokazał mi czerwonej kartki i powiedział, że ciąża jest zagrożona, to ja bym pracowała do porodu. Od samego początku ciąży nie rozważałam też niczego innego, jak to, że trzy miesiące zostanę z dzieckiem w domu i wrócę do pracy z maluchem, który tak jak mówisz będzie bujany nogą w foteliku, raczkował między segregatorami i karmiony między spotkaniami z klientami. Nie chciałam zostać stereotypową mamuśką i kurą domową. Mój syn zaplanował się sam, to mój mały 1% szczęścia, jeśli rozumiesz, co mam na myśli. Całe szczęście, bo gdybym planowała go sama to pewnie macierzyństwo odkładałabym w nieskończoność.

    Adrianna Sobota z mamą, Ewą Michalską na otwarciu nowej siedziby rodzinnej firmy.

    Życie napisało inny scenariusz?

    Wszystko zapowiadało się fenomenalnie, aż do sierpnia, gdy pojawiły się komplikacje. Miałam zagrożoną ciążę, musiałam przestać pracować więc jak to ja, zorganizowałam sobie inne zajęcie – równie zajmujące . Półtora miesiąca przed porodem kupiliśmy mieszkanie w stanie deweloperskim i z wielką pasją  zajęłam się projektowaniem gniazdka. Tą siłą rozpędu miałam nadzieję, że poród pójdzie tak samo gładko jak przeprowadzka. Tymczasem dostałam kolejną czerwoną kartkę. Poród trwał ponad 12 godzin. Był bardzo ciężki. Skończyło się masywnym krwotokiem, kilka razy traciłam przytomność, musiałam mieć transfuzję krwi. Byłam bardzo osłabiona. Dostałam dziecko po porodzie tylko na siedem minut. Potem było tylko gorzej. Byłam cały czas bardzo słaba, nikt  nie chciał wierzyć, że coś jest nie tak. Wyniki morfologii się nie poprawiały. Jednak tak bardzo chciałam już wrócić do domu, że na czwartą dobę wyszliśmy.

    W domu było lepiej?

    Cały czas byłam blada, słaba. Na trzecią dobę dostałam gorączki. Położna środowiskowa i lekarz, który nas odwiedzał mówili, że to osłabienie spowodowane tak ciężkim porodem. 1. listopada, dokładnie tę datę pamiętam, miałam już 40 stopni gorączki i słaniałam się na nogach. Na pomocy doraźnej dostałam skierowanie do szpitala.  Nie chciałam nigdzie jechać, przecież mam maleńkie dziecko w domu. Jak ja mogę je zostawić? Ze łzami w oczach jechałam błagając jedynie o kroplówkę na wzmocnienie.  W szpitalu po badaniu podano mi antybiotyki i oznajmiono że wieczorem wrócę do dziecka. To było ostatnie co pamiętam. Straciłam przytomność na dwa dni. To, co tam przeżyłam to był koszmar, prawdę mówiąc do tej pory się nie otrząsnęłam. Strach, niepewność, rozłąka z dzieckiem, diagnoza lekarzy i widmo śmierci bardzo się na mnie odbiło.

    Twój syn został w domu z tatą?

    Tak, mój mąż został sam z niespełna tygodniowym noworodkiem. Na zajęciach w szkole rodzenia był tylko raz – przy kąpaniu. Byłam przerażona. Nie dlatego, że mu nie ufam, ale dla mnie samej opieka nad dzieckiem była czymś kompletnie nowym i nieznanym, a co dopiero dla niego. W końcu na ósmą dobę dostałam możliwość wypisania się na własne życzenie. Zaopatrzona w zestaw leków i zastrzyków wychodziłam jak na skrzydłach, ale jednocześnie z ogromnym przerażeniem, modliłam się by organizm dał radę, a syn nie odepchnął. Przecież te pierwsze dni są dla dziecka najważniejsze, wtedy rodzi się więź z matką, a ja zamiast zachwycać się cudownością własnego synka leżałam na szpitalnym łóżku. Co będzie gdy wrócę do domu a on mnie nie pozna? Bałam się bardzo, lecz gdy zobaczyłam męża z synem w ramionach, nie potrzeba mi było niczego więcej do szczęścia. Choć niewiele pamiętam z pierwszych miesięcy – ten obrazek zostanie ze mną na zawsze. Dzień w którym tak brutalnie dotarło do mnie, że nie ma nic ważniejszego niż Rodzina.

    Te okołoporodowe przejścia sprawiły, że karmienie piersią było czymś, o co musiałaś walczyć.

    Antybiotyki, morfina wszystko to zasuszyło mi pokarm, do tego psychicznie wciąż byłam wrakiem człowieka. Spięta, wystraszona i pełna pretensji do samej siebie, że nie jestem w stanie nakarmić własnego dziecka wylałam z siebie morze łez. Największym wsparciem byli dla mnie mąż i mama, to oni każdego dnia dopingowali, ocierali łzy i starali się zagłuszyć ból. Bardzo pomogła mi także laktacyjna grupa wsparcia mam z Koszalina, historie podobne do mojej, Basia Pres i blog Hafija.pl, Obydwoje z małym karmiliśmy się, i płakaliśmy, karmiliśmy i płakaliśmy i tak cały dzień, plus laktator, tona Femaltikera i ból ściskający serce, gdy po raz kolejny musiałam sięgnąć po butelkę i mleko modyfikowane. W końcu nam się udało.  To było moje największe zwycięstwo. Poród w porównaniu do tych kilku tygodni walki o laktację nic nie znaczył.

    Zmieniłaś priorytety.

    I to jak! Gdy uświadomiłam sobie, że jedną noga byłam już po drugiej stronie zrozumiałam, jak duże znaczenie ma dla mnie rodzina. Rodzina, którą oczywiście kochałam, ale nie doceniałam aż tak. Może w tej gonitwie codzienności nie dostrzegałam? Nie chciałabym żebyś mnie źle zrozumiała, bliscy zawsze byli dla mnie ważni, jednak chyba dopiero teraz przekonałam się jaka moc tkwi w rodzinnych więzach. Jestem typem bardzo skoncentrowanym na wytyczonych celach, a w ostatnich latach ich nie brakowało, wszystkie realizowałam sama, z dala od domu. Studia, jedne, drugie, trzecie, podyplomówka, szkolenia, konferencje… Nagle zderzyłam się ze ścianą i okazało się że nie jestem sama. Mam fantastyczną Rodzinę i teraz to praca spadła na drugi plan.

    Zupełnie inna perspektywa.

    Tak. Przez następne cztery miesiące jeszcze dochodziłam do siebie. Miałam zerową odporność. Organizm całkowicie wyjałowiony, skoki temperatury. Dopiero po czwartym miesiącu zaczęłam wracać do życia – to był właśnie ten moment, kiedy w pierwotnym planie miałam być już w pracy. Kiedy poczułam się silniejsza wzięłam sobie trochę pracy do domu i nagle się okazało, że nie mam tyle siły, ile myślałam. Tak zwyczajnie po ludzku ja nie daję sobie rady. Po raz kolejny na mojej wyboistej drodze – ściana.  Jak to? Ja nie daję rady? Ja? Przecież ja zawszę daję radę. Ze wszystkim. Przecież skończyłam trzy różne uczelnie, cały czas jakieś szkolenia, kursy. Do tej pory wszystko zależało jedynie od mojego zaangażowania w dany projekt, przepracowanych godzin, wkładu, serca a teraz? Teraz przyszedł czas, gdy przestałam być panią samej siebie i niezależnie od wszystkiego moja rzeczywistość kształtowana jest przez maluszka. Dałam sobie w końcu pozwolenie na to, że nie muszę dawać sobie rady i pokłoniłam się temu, co otrzymałam. Bo wiesz… macierzyństwo dla mnie okazało się wielką lekcją pokory. Jestem cholerykiem i idealistką, nie brak mi temperamentu, a musiałam nauczyć się zdusić w sobie krzyk, niemoc, wziąć głęboki oddech i po raz tysięczny z uśmiechem zwrócić się do dziecka.

    To wbrew pozorom jest chyba bardzo trudne?

    Uwierz mi, to było szalenie trudne! Dziecko nauczyło mnie cierpliwości, spokoju, pokory i dało dużo, dużo ciepła. Nauczyło mnie dać przyzwolenie samej sobie, by nie zawsze było idealnie. Ja zawsze „zrobiona” z porządkiem jak w muzeum, dwudaniowym obiadem i „odrobionymi lekcjami”. Okazało się że zestaw z Przerwy i suchy szampon też jest OK 😉 Spojrzałam na to wszystko z innej perspektywy. Jestem przecież w moim domu z  moją rodziną. Mam Syna, który jest całym moim światem. Teraz wręcz ciężko mi pomyśleć, że za jakiś czas będę musiała oddać go do żłobka. Nie spodziewałam się tego. Nagle stałam się taką mamą pełną gębą. Mamą, która używa wielorazowych pieluszek, jest chustoświrką, prześciga się w wymyślaniu rozwijających zabaw. Wcale się nie spieszę do pracy.

    Nie zawsze jednak macierzyństwo jest w różowych kolorach. Co wtedy robisz?

    Najczęściej obrywa mój mąż (tu śmiech). Biedny, wysłuchuje że znowu rzucił buty w korytarzu, że znów taki zmęczony wraca z pracy, a ja z pracy nie wychodzę i nie, nie miałam czasu żeby usiąść. Trochę brak mi koleżanek. Wyjechałam z Koszalina, gdy miałam 18 lat, wróciłam dopiero w styczniu. Znajomi z poprzednich lat rozjechali się po Polsce i świecie.  Na koleżanki w czasie ciąży też nie było czasu, bo praca, praca, praca. Brakuje mi tego. Staram się ratować wtedy pomysłami na dalszy rozwój i piszę siebie na nowo.

    Tak myślałam, że masz już plany.

    Od października zaczynam studia podyplomowe – zarządzanie bezpieczeństwem i higieną pracy. To jest kolejna odnoga rozwoju firmy, kolejne fajne uprawnienia. Nieustannie myślę nad czymś jeszcze. Tak też pojawił się kolejny pomysł, ale jego jeszcze nie zdradzę. Kreatywność pożytkuję na razie na małego. Nauczyłam się dla niego szyć. Szyję więc kocyki, poduszki, zabawki, ubranka. Ku mojej radości Synek jest już na tyle duży, że powracają nasze wspólne z mężem wyjazdy. Pasjonujemy się rekonstrukcją drugiej wojny światowej. Tak też się poznaliśmy. Jeździmy po całej Polsce, bierzemy udział w rekonstrukcjach i inscenizacjach wcielając się w żołnierzy różnych armii. W czerwcu Ticionek dostał swój pierwszy zestaw ubrań cywilnych z lat 40. ubiegłego wieku i stał się jednym z najmłodszych rekonstruktorów w Polsce. Zanim się urodził jeździliśmy niemal co weekend.

    Wyobrażasz sobie powrót do pracy?

    Jeszcze nie, ale jednego jestem pewna. Nie chcę pracować 8 godzin. Te 13, które były wcześniej normą już są dla mnie nieosiągalne. Nie chcę także przestawać karmić. Wszystkie nasze przejścia sprawiły, że jest mi bardzo ciężko się rozstać  z dzieckiem. Chcę pracować docelowo maksymalnie 8 -7 godzin. Zwiększać uprawnienia, jednocześnie zmniejszając ilość liczby godzin spędzanych w pracy. Urodzenie dziecka tak diametralnie zmieniło moje wartości i życie, że nie chcę już wracać do tego, co było. Moja mama naprawdę osiągnęła duży sukces. Ale to wszystko było okupione czasem dla rodziny. Ja tak nie chcę, przez to moja droga do sukcesu pewnie się wydłuży, ale chętnie zapłacę tą cenę za czas z najbliższymi.

    UDOSTĘPNIJ
    Dziennikarka. Pracowała w "Architekturze-murator", Radio Koszalin i TVP Szczecin, mama dziesięcioletniego kontrabasisty i dwóch księżniczek. Fanka rodzicielstwa bliskości. Od ponad dziesięciu lat wierna wielbicielka Koszalina.