Bitamina – nie mamy żadnych muzycznych zasad


    Bitamina na scenie Teatr Variete Muza, fot. Izabela Rogowska

    Skład, który jak burza idzie przez polską scenę muzyczną zgarniając po drodze rzesze nowych fanów. Jeszcze nie dawno wiedzieli o nich tylko znajomi królika, teraz publiczność na koncertach śpiewa z nimi piosenki z najnowszej płyty. Przed koszalińskim koncertem na Good Vibe Festival o tym, co było i o tym, co będzie rozmawiałam z Mateuszem Dopieralskim.

    Czym innym było zapewne nagrywanie „Kawalerki” w studiu, a czym innym jest ogrywanie jej na koncertach. Sprawiła Wam jakieś niespodzianki na żywo?

    My dużo robimy na samplach. Samplujemy jakieś stare rzeczy, a wystarczy, że jest gitarka. Nie gramy z gitarą więc Tomek, klawiszowiec i odpowiedzialny za harmonię musi szukać tłumaczenia. Już sam fakt, że tłumaczymy tę gitarę zmienia brzmienie. Ja często na płycie mam dwugłosy, trzygłosy a na koncercie sam to muszę dźwignąć. Staram się wybrać jeden mocny głos, w którym czuję się w miarę pewnie, bo nie jestem wykształconym wokalistą.

    Mateusz Dopieralski, fot. Izabela Rogowska

    Dochodzi jeszcze interakcja z publicznością. 

    Wymiana energii jest ważna. Ja nie zawsze to uprawiam, aczkolwiek zawsze bym chciał. Jeśli dużo dostajemy, to dużo można oddać. Nawet jeśli ktoś coś głupiego krzyknie to można się do tego odnieść. Jak publika stoi sobie i słucha to wtedy jest mniej tej chemii, ale nawet wtedy muszę coś im opowiedzieć i zachęcić do energetycznej współpracy.

    Na płycie utwory przeplatane są różnymi dźwiękowymi skrawkami rzeczywistości. Robicie coś podobnego na koncertach?

    Robiliśmy i bardzo dobrze, że zapytałaś, bo musimy do tego wrócić. Te wstawki są równie ważne jak utwory. Miejscami nawet ważniejsze. Czasami wydaje mi się, że moglibyśmy nagrać płytę pełną tak znakomitych wypowiedzi. To są szczere rozmowy, które nagrywałem i mam poczucie, że dzięki temu „Kawalerka” ma taką głębię.

    Koncertowy skład Bitaminy, fot. Izabela Rogowska

    Na tej płycie dzielisz się swoim wnętrzem. Dosłownie i w przenośni. Domyślam się, że mogło to być łatwe w ciszy studia. Czy śpiewane na żywo przed publicznością nadal jest prywatne?

    Moment wypuszczania płyty jest chyba najtrudniejszy. Myśli się wtedy – ojej może ja za dużo opowiedziałem, za bardzo się odsłoniłem, może w ogóle nikogo to nie interesuje. Przez to, że jednak wszystko jest takie prywatne to znaleźliśmy chyba takie porozumienie ze słuchaczem. A na żywo? Minęło już trochę czasu więc i emocje są trochę spokojniejsze. Okoliczności są za każdym razem inne więc i wykon też jest inny.

    Kiedy gracie koncerty to jest chyba taki czas poza czasem, kiedy istniejecie na dużej amplitudzie emocji. Tobie chyba łatwiej wracać do rzeczywistości, bo na co dzień jesteś aktorem i pewnie jesteś przyzwyczajony do dużej skali emocji?

    Taka praca. Zdarza się, że gram scenę miłosną, a potem wracam do żony. Mieszkam poza Polską i mnie przede wszystkim trasa wykańcza. Jak jestem na miejscu to przede wszystkim cieszę się, że jestem w Polsce, bo zawsze lubię tu wracać. Ta energia radości miesza się zawsze ze smutkiem rozstania.

    Piotr Sibiński, fot. Izabela Rogowska

    Ciekawa jestem czy Wy wyobrażacie sobie Waszą publiczność. Kim jest, co robi, co lubi?

    W ostatnim czasie to się bardzo zmieniło. Jedna sprawo to, że przybyło nam fanów, a druga, że pojawiło się sporo młodszych osób, tak piętnasto-, szesnastoletnich. To fajne, ale czasami sobie myślę, kurczę, jeszcze nie macie prawa wiedzieć o co mi chodzi, gdy śpiewam o niektórych rzeczach. Skoro jednak coś z tego, co śpiewam do Was trafia, to ja mogę się tylko cieszyć. Lubię, kiedy ludzie są aktywni, kiedy dają się animować na koncertach. Są jednak też tacy, co wolą po prostu słuchać i kontemplować i tak też jest w porządku. Nigdy nie mieliśmy poważnej widowni więc nie wiem, co tak naprawdę wiedza o tym kim są ci ludzie nam przyniesie. Mam jednak nadzieję, że nadal będziemy szczerzy wobec siebie i nie będziemy mieli podświadomie w głowie żadnych blokad.

    Myślicie już o następnej płycie?

    Tak i jedno już wiemy na pewno. Na następnej płycie będziemy się dzielili z Piotrkiem mikrofonem. Zawsze chcieliśmy to zrobić, a jakoś nigdy nam się nie udało. Tytuł też już mamy. To będzie „Mama Europa”. Będzie trochę politycznie. Kursuję między Polską, a Niemcami, żyję tu i teraz i mam na ten temat trochę przemyśleń, które szukają ujścia. Wyemigrowałem, gdy miałem dwa lata. Jesteśmy z Piotrkiem z tego samego rocznika, a mamy tyle różnych kodów kulturowych, które nawzajem trudno odczytać. Chciałbym się zająć tymi różnicami.

    Amar Ziembiński, fot. Izabela Rogowska

    A muzycznie, w którą stronę pójdziecie?

    Piotrek jest teraz pochłonięty muzyką słowiańską, chóralną, kościelną, stworzoną, by przekazywać metafizykę. Ja przez to, że nie mam jednej stylówy, to mam wszystkie. Staram nie zamykać się na to, co przychodzi. Jestem podatny na inspiracje, które mnie potem noszą przez jakiś czas. Lubię tańczyć, dlaczego nie zrobić numeru w którym są tańce na scenie? Tak jest z każdym z nas. Piotrek mnie na każdym spotkaniu zaskakuje warstwą słowną tekstów, które przynosi. Ja jestem głupi i nic nie wiem, ale gdy po dziesiątym czytaniu widzę jak to jest nawet technicznie, rytmicznie, językowo zbudowane, jaki jest dobór słów to padam na deski. Amar gra w różnych zespołach i rozwija się muzycznie. Ciężko jest powiedzieć jaka będzie ta płyta zanim jej  nie zrobimy. Dla nas też to będzie niespodzianka i zaskoczenie. Do „Kawalerki” mieliśmy 32 utwory. Trochę to wykraczało poza jakiekolwiek ramy rozsądku więc z bólem skróciliśmy tę listę do 20. Odpadły bardzo różne rzeczy – ballady na pianinie, etniczne kawałki. Tę selekcję robimy na krótko przed oddaniem płyty i tak naprawdę dopiero wtedy wiemy, co powstało. Ja bardzo lubię tę fazę.

    Trudno Wam dojść do takiego momentu, gdy mówicie – koniec, więcej nie grzebiemy przy tym?

    Bardzo trudno. Przy „Kawalerce” wszystkie deadliny były przesuwane. Tu wielki szacun dla naszego menadżera, bo on dał nam czas, w pewnym momencie już nawet nie pytał, świadomie, tylko czekał aż powiemy – ok, jest gotowe. Nie jest łatwo, bo jest nas trzech, odległość sprawia, że wiele rzeczy dzieje się online. Z reguły dopiero jednak gdy się spotkamy i obgadamy wszystko wtedy pojawia się zielone światło.  Każdy z nas ma inne upodobania muzyczne. Ja musiałem teraz z chłopakami ostro walczyć o te popowe rzeczy. Oni podejrzewali, że to może pod publikę, aż zobaczyli, że ten sam Mateusz. W końcu zapytałem, czy wy się tego wstydzicie? No nie, i to pytanie nam pomogło. Mamy zasadę, że nie mamy żadnych muzycznych zasad.

    UDOSTĘPNIJ
    Dziennikarka. Pracowała w "Architekturze-murator", Radio Koszalin i TVP Szczecin, mama dziesięcioletniego kontrabasisty i dwóch księżniczek. Fanka rodzicielstwa bliskości. Od ponad dziesięciu lat wierna wielbicielka Koszalina.