Ewa Czapik – Kowalewska – specjalistka od monodramów


    fot. Tomasz Żurek

    Na pytanie czy jest koszalinianką z urodzenia, z właściwym sobie poczuciem humoru, odpowiada, że z urodzenia jest kołobrzeżanką, ale to tylko dlatego, że w dniu kiedy przyszła na świat, oddział położniczy był w Koszalinie zamknięty.

    Czy miałaś taki moment w życiu kiedy pomyślałaś, że Koszalin to za mało?

    Miałam taki moment, kiedy w połowie lat dziewięćdziesiątych wyjechałam do Paryża. To był styk dwóch światów: naszej polskiej postkomuny i pięknej Prowansji, Lazurowego Wybrzeża i wielkich francuskich miast i wtedy pomyślałam, że może tam zostanę, ale jednak wróciłam do Koszalina.

    A co sprawiło, że zdecydowałaś o powrocie? Rodzina, praca?

    Praca na ostatnim miejscu, bo to był początek mojego życia zawodowego. Chyba sam klimat … sielski-anielski Koszalina i poczucie, że jednak we własnym języku mogę więcej tzn. że łatwiej się wyrazić, tym bardziej, że polski zawsze był dla mnie ważny. Zawsze był językiem ciekawym, w którym można pięknie się wyrażać. Dochodzenie do tego, by inny język stał się w głowie tak samo ważny zabrałoby mi zbyt wiele czasu. Dziś nie żałuję specjalnie tej decyzji choć pewnie otworzyłyby się inne drzwi, być może dużo fajniejsze role by się pojawiły, a z drugiej strony jestem bardzo zadowolona z tego co mam i w ogóle nie myślę o tym, że źle zrobiłam.

    Wybrałaś Koszalin, ale przecież jest tyle pięknych miast w Polsce, które osobom takim jak ty dają większe możliwości?

    Nawet na świecie jest kilka miejsc w których czuję się bardzo dobrze. Tak jest w Berlinie, którym zachwyciłam się wiele lat temu i będąc tam po raz pierwszy jako mała dziewczynka, pomyślałam, że mogłabym tam mieszkać. Tak jest w Wilnie, ale także we Wrocławiu i w jeszcze kilku innych miastach, w których jest taka aura, że czuję się tam jak w domu. Ale w Koszalinie czuję się najlepiej. Lubię jeździć do pięknych miast i pozwala mi na to zarówno moja praca jak i mój imperatyw podróżnika. Uwielbiam w tych miejscach odwiedzać na przykład galerie sztuki, ale później lubię wsiąść do samolotu, samochodu czy pociągu i wrócić do Koszalina i znowu znaleźć się w domu.

    Masz tutaj męża i syna. Udało się wam stworzyć rodzinę, w której każdy ma jakieś artystyczne pasje i realizuje je z powodzeniem. Pewnie więc dlatego tak chętniej tu wracasz?

    Tak chyba musiało być. Ponieważ zawsze wokół pojawiały się artystyczne dusze, a i ja chętnie obcowałam w takim towarzystwie. Faktycznie z moim mężem (Rafałem Kowalewskim – dop. redakcji) mamy coś co nazywamy „współmyśl” – bardzo często, będąc nawet w różnych miejscach, myślimy o tym samy. Często wyrażamy się na ten sam temat nie tylko jednocześnie, ale i tymi samymi słowami. Kłócimy się także, różnimy się od siebie, ale na fundamentalne sprawy, a zwłaszcza na sposób spędzania wolnego czasu i na sposób czucia życia mamy takie same poglądy. Siłą rzeczy artystycznie wyrażamy się inaczej. Mój mąż jest muzykiem. On wyraża wszystko poprzez dźwięk i nie musi o tym mówić czy dawać temu obrazów.
    Jestem zafascynowana tym w jaki sposób on przygląda się muzyce. Tak jak kobiety patrzą na kolory i potrafią rozróżnić ich odcienie, tak Rafał słyszy warstwy, że teraz wchodzi jeden temat, a teraz jest załamanie, a zaraz następny. To jest dla mnie niesamowite.

    Jak to czasem w życiu bywa, a szczególnie w niezbyt wielkim mieście jakim jest Koszalin, trzeba czasem razem popracować. Łatwo idzie ta współpraca?

    Nasza młodzież (członkowie Artystycznego Studia im. Ziembińskich – dop. redakcji) pewnie powiedziałaby, że nie – śmieje się Ewa – bywa, że są świadkami różnego rodzaju naszych tarć, ale bardzo powierzchowne bo my się kłócimy o szczegóły, jakieś drobnostki, natomiast sedno tkwi w tym, że każde z nas zachwyca się tym co robi drugie. Jesteśmy też pierwszymi recenzentami swoich prac, pomagamy sobie. Potrafimy powiedzieć zarówno, że coś nas wzrusza i jak to, że czegoś nie rozumiemy.
    A do tego wszystkiego dochodzi nasz syn – Błażej, który ma już jak na swój wiek wyrobiony gust i potrafi powiedzieć co mu się podoba, a co nie i dlaczego. Lubię, że potrafi się nam przeciwstawić i sam, w pewnym sensie, kształtuje swój gust.

    Może za kilka czy kilkanaście lat przyzna wam rację, w pewnym muzycznych sprawach, ale chyba nie czuje presji, że tak ma być?

    On podobnie jak ja, wychowuje się w domu, w którym „wolno”. Jako dziecku wolno było mi mieć swoje zdanie, nie zgadzać się z rodzicami. Karcili nas oczywiście, za rzeczy które były ewidentnie głupie, ale mogliśmy dużo i każdy z mojego rodzeństwa realizuje się artystycznie. Brat robi piękne zdjęcia psów, siostra jest uzdolniona plastycznie, a mój młodszy brat jest grafikiem komputerowym.

    A czy myślisz, że zdolności artystyczne, to tylko kwestia genów czy też wolności, którą dawali wam rodzice?

    Mnie się wydaje, że to kwestia wolności. Tego, że rodzice pozwalają po prostu być człowiekiem, a nie funkcjonować na zasadzie, że mama ci wszystko opowie i ma być tak i tak i czuć też masz tak jak powie mama. Nigdy nie krytykowaliśmy naszego syna, chociaż nasz dom wygląda czasem jakby przeszło przez niego tornado bo on produkuje tony rzeczy, które urzeczywistniają jego artystyczne wizje. To czasami jest wkurzające bo trzeba potem posprzątać, ale… w ostatecznym rozrachunku ja wiem po sobie, że to jest dobre, że jest lepsze niż sterylny porządek. Po prostu człowiek uczy się w ten sposób kreatywnego myślenia, a to we współczesnym świecie, który jest taki szybki, bardzo ważne. Ważne bo dziś jesteśmy tu, a jutro tam. Dziś wykonujemy taką pracę, a jutro inną. Dziś rzadko kto pracuje w jednej firmie trzydzieści czy czterdzieści lat.

    Jeszcze o jedną rzecz chciałam zapytać w kontekście waszej, twojej i Rafała, wspólnej pracy – rywalizujecie ze sobą?

    Nie, nie. U nas to wygląda trochę inaczej. Bardzo często okresy passy są falowe i na przykład kiedy ja mam dobry czas i dużo robię, to automatycznie ta druga osoba musi ogarnąć życie domowe: szkołę Błażeja, zakupy, a ja mam wtedy możliwość tworzenia czy wyjazdu na festiwal. I odwrotnie, kiedy Rafał pisał muzykę do spektakli, to wtedy on siedział zamknięty w pokoju i nie było mowy, żeby w jakikolwiek sposób mu przeszkadzać. Każde z nas jest artystą i każde potrzebuje czasu dla swojej pracy. Czasem żalimy się sobie, że coś nam nie idzie, ale to szybka mija bo stężenie inspiracji w naszym domu jest ogromne. Czasem sobie pomagamy, czasem się pokłócimy, ale nie rywalizujemy. Tak się nie da żyć. A gdyby tak było, to już dawno byśmy się rozstali.
    Cieszą nas nasze sukcesy.

    Dopiero co wróciłaś ze Szczecina, z XIV Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Niezależnych Pro-Contra 2016. Z którym ze swoich spektakli tam pojechałaś?

    Ze spektaklem „Szepty” w wykonaniu Sylwii Witkowskiej. Spektakle na festiwal wybiera w drodze preselekcji jego rada artystyczna, a w tym roku wybrano ich siedemnaście zespołów z całego świata. Nie liczyłyśmy na nagrodę mając świadomość, że zawsze grupa osób niesie większy ładunek emocji niż pojedynczy człowiek, ale sam fakt gry na scenie Teatru Współczesnego, dla publiczności był dla mnie ważnym doświadczeniem.
    A z drugiej strony, pod koniec lipca graliśmy w Helu, z Szymonem Majchrzakiem spektakl „Pokuć”, na festiwalu „Teatr w Remizie”, gdzie graliśmy obok znanych szerszej publiczności Małgorzaty Pieńkowskiej i Olgierda Łukaszewicza. Co ciekawego ten festiwal, to cotygodniowa prezentacja spektakli jednego aktora w prawdziwej, dawnej remizie, gdzie nadal wiszą ich ubrania, a klimat sali jest specyficzny, nieco industrialny. A na spektakle przychodzą głównie miejscowi, chociaż turystów jest całe mnóstwo, ale to właśnie mieszkańcy tworzą publiczność. Publiczność przez dziesięć edycji festiwalu, dobrze wyrobioną. Fotos z naszego spektaklu najpierw, przez trzy miesiące wisiał na głównej ulicy Helu, a po festiwalu został przeniesiony do galerii w porcie, gdzie pozostanie na ścianie póki wiatr i deszcz go nie zniszczą i gdzie wisi w doborowym towarzystwie gwiazd monodramu.
    To są rzeczy, które tak mnie do góry ciągną, że trudno mi to opisać. Gdyby to robiła sama i sama zbierała laury, to nie byłoby pewnie tyle satysfakcji, którą mam teraz.

    Czyli, w tym przypadku, radość się mnoży, a nie nie dzieli na poszczególne osoby?

    Tak i to jest fajne i dobre bo widzę, że może za chwilę ten człowiek wypłynie i będzie o nim głośno, a ja wtedy będę mogła pomyśleć, że dołożyłam do tego swoją cegiełkę.

    Nie chciałabym deprecjonować twoich poprzednich dokonań, ale czy „Pokuć”, to taki spektakl, który wyniósł cię poziom wyżej?

    Zrobiło to już „Chodzenie po linie” zrobione z Mają Wolską, a „Pokuć” jest dźwięk werbla jak orkiestra grająca tusz. Pierwszy spektakl zebrał ogromną liczbę dobrych opinii na festiwalach i utorował w pewnym sensie drogę drugiemu. Jury i publiczność mieli do nas zaufanie. Wiedzieli, czego mogą się spodziewać. Z „Pokuciem” pojawiliśmy się między innymi na konferencji naukowej o przesiedleniach jako głos w sprawie, to podnosi wymiar tego co zrobiliśmy. Dzięki temu spektakl przestaje być tylko występem, a staje się świadectwem i otrzymuje w pewien sposób nowe życie. A jeżeli weźmiemy choćby kontekst koszaliński, to przecież tutaj każdy jest „skądś” i nie znaleźliśmy się w tym mieście bez powodu.

    Czy „Szepty” mają podobną szansę by tak jak „Pokuć” zaistnieć na festiwalach?

    Myślę, że tak ponieważ niosą ważny temat przebaczenia. Mówią o sile ogromnego cierpienia tego jak w ludziach rodzi się przebaczenie. Niesamowite jest to, że nie wyczułyśmy tego na samym początku, chciałyśmy by spektakl szedł w inną stronę, ale w miarę pracy wyszło nam, że przebaczenie jest najważniejsze bez względu na to kogo dotyczy. Nie można odejść i spokojnie żyć, jeżeli się nie przebaczy.
    Mają także ogromną aprobatę pana Ignacego Karpowicza, który jest z nami w kontakcie, jest na bieżąco informowany o tym co się dzieje ze spektaklem. Kiedy pojechałyśmy na Festiwal Teatralny do Lublina, wszyscy byli zdumieni, że udało się nam uzyskać jego zgodę – bo spektakl jest na motywach jego powieści „Sońka”. W monodramie, który ma wymiar międzynarodowy pada kilka kontrowersyjnych zdań i to trochę dolewa oliwy do takiego społecznego ognia i staje się otwarciem dyskusji do tego, że życie nie jest czarno białe… w żadnym wymiarze.

    Czuję się zachęcona. W takim razie kiedy i gdzie będzie można zobaczyć spektakl w twojej reżyserii i w wykonaniu Sylwii Witkowskiej?

    Na pewno w piwnicy Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie, ale nie znam jeszcze dokładnej daty. Mam plan aby je także pokazać w Koszalinie, ale tu w grę wchodzi zgranie kilku elementów. Na pewno dam znać jeżeli tylko uda się wszystko podpopinać.

    A pracujesz już nad kolejnym spektaklem?

    Tak, jest on w warstwie, nazwałaby to, prenatalnej. Nie ma nawet jeszcze tytułu. To będzie spektakl z aktorem z Koszalina, ale nie grającym w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym i na razie nie chcę za dużo mówić poza tym, że jest znów spektakl podnoszący ważny problem społeczny. Mówiący o czymś, o czym niewiele się mówi – kończy tajemniczo Ewa.

    UDOSTĘPNIJ

    Dziennikarka, przez całe swoje zawodowe życie związana z Koszalinem i nie wyobrażająca sobie mieszkania daleko od morza i jezior. Zawsze ciekawa ludzi i rozmowy z nimi. Ceniąca interesującą fotografię i architekturę.