Joanna Boruc – między Koszalinem a Warszawą


    Joanna Boruc
    Joanna Boruc

    Można bardzo kochać miasto, w którym się urodziło i wychowało i wyjechać z niego bo tak się ułoży życie. Można wyjechać i nie wrócić, ale można też wracać z każdego miejsca w Polsce i w Europie, tak jak wraca Joanna Boruc – obecnie dziennikarka Radia Zet Gold, przez lata związana z Radiem Koszalin i koszalińskim oddziałem TVP Szczecin. Od siedmiu lat mieszka w Warszawie, a na pytanie czy bardziej czuje się koszalinianką czy warszawianką, odpowiada w ten sposób:

    – Tak do końca nie wiem kim się czuję…Z urodzenia jestem koszalinianką i w głowie to miasto mocno mi siedzi. Nigdy też nie przedstawiłam się jako warszawianka. Ale w związku z tum, że mam w swoim życiu też dłuższe epizody życia w Berlinie i Monachium, to chyba „kolejność bycia” będzie taka: Koszalin, Berlin, Warszawa i Monachium. Tak, w takiej właśnie kolejności. Zresztą gdybym powiedziała o sobie „warszawianka”, to pewnie obraziła by się na mnie ta bardziej prawdziwa Warszawa bo nie urodziłam się tam, dziadkowie nie walczyli w Powstaniu Warszawskim więc pewnie byłoby to ogromne nadużycie z mojej strony – dodaje Joanna, uśmiechając się nieco przekornie (bo jak niewiele osób ma do siebie i życia, spory dystans – dop. redakcji).

    A w Koszalinie jest o tyle fajnie, że tu się nikt na nikogo nie będzie obrażał. Wszyscy jesteśmy „skądś” i myślę, że to jest duża zaleta tego miasta, ponieważ wszyscy możemy mieć poczucie, że sami tworzymy jakąś wspólnotę, która cały czas się buduje i nie ma tu ani szowinistycznych naleciałości ani wewnętrznych antagonizmów – jak to jest w samej Warszawie. Jestem związana z warszawiakiem, który w życiu by nie chciał mieszkać na prawym brzegu miasta bo prawdziwi mieszkańcy stolicy mieszkają tylko na jej lewym brzegu i najlepiej gdyby to był górny Mokotów. Podobnie z rejestracjami samochodowymi, wszystkie oprócz „WE” dyskwalifikują kierowców w oczach prawdziwych mieszkańców.

    – No widzisz, nie mamy tych problemów z mieszkańcami prawobrzeżnej i lewobrzeżnej Dierżęcinki

    – To by było w sumie fajne – zaczyna się śmiać Asia. Można by nawet spróbować zrobić jakieś spektakularne przeprawy przez rzeczkę.

    – Sentymentem darzysz Koszalin bo wracasz tu nieustannie.

    – Tak! Bo – pewnie wbrew temu co myślą niektórzy koszalinianie – to jest bardzo dobre miejsce do życia. Do takiego normalnego życia. Oczywiście, w każdym miejscu można by coś poprawić, ale raj to będziemy mieć po śmierci (to nie wszyscy pewnie). Chętnie tu powracam także ze względu na rodzinę i znajomych. Jak ktoś się urodził w danym miejscu, przeżywał w nim różne ważne pierwsze rzeczy, to zawsze takie miejsce będzie darzył sentymentem i tak też jest ze mną. Ja nie miałam żadnych traum związanych z Koszalinem więc moje uczucia, które z nim się wiążą są bardzo ciepłe.

    Z tego miasta wyjechałam dość późno bo miałam 30 lat i to już jest taki etap w życiu, w którym nie jest łatwo zaczynać w nowym miejscu. Oczywiście – podkreśla Joanna – życie można zaczynać wiele razy i w wielu miejscach, ale najważniejsze osoby w moim życiu, to są ludzie z czasów szkoły, głównie liceum, nawet nie ze studiów, ale właśnie z liceum i z pracy. I pewnie też dlatego tak chętnie tutaj wracam. W myślach i osobiście – kiedy tylko mogę.

    – Powiedziałaś, że obserwujesz w jaki sposób Koszalin istnieje w świadomości mieszkańców innych regionów Polski czy poza jej granicami. Co masz na myśli?

    – Z wiekiem też staję się bardziej „prospołeczna” i nadal interesują mnie sprawy związane z tym miejscem. Jak to miasto się promuje, w jaki sposób o nim mówią inni. Nie zawsze jest to dobre zaistnienie, jak w przypadku kobiety w burkini w basenie. Ta fala nienawiści, która się wylała była straszna choć niestety przewidywalna. Ale jest też na szczęście sporo pozytywnych elementów.

    Zawsze też chętnie podkreślam, że właśnie z Koszalina pochodzi wielu znanych ludzi, czy to związanych z show-biznesem, sztuką, architekturą czy przedsiębiorczością. I chyba nie spotkałam ludzi z innych miast, którzy tak samo chętnie jak my, podkreślają, że dana osoba pochodzi właśnie z ich rodzinnego miasta. A w związku z tym, że miasto nie jest wielkie, to zwykle okazuje się, że ta znana osoba albo chodziła z nami do szkoły, albo mieszkała w tym samym bloku, co ciocia Zosia, albo to rodzina naszych przyjaciół. Te wszystkie konotacje sprawiają, że łatwiej umieścić kogoś w przestrzeni.

    Ja ten Koszalin wszędzie upycham. No i jeszcze elementy zabawne jak mylenie Koszalina z Kołobrzegiem – chciałabym, przy całej sympatii do nadmorskiego kurortu, by wszyscy wiedzieli, że Koszalin to Koszalin – czy twierdzenie, że to ta miejscowość niedaleko Mielna.

    – A miałaś taki moment, że zachłysnęłaś się Warszawą?

    – Nie, za późno tam przyjechałam i myślę, że takie duże miasta są dobrymi miejscami dla ludzi, którzy jadą się tam uczyć. Mają doskonałą okazję by poznać ludzi, świat, to co jest najmodniejsze, najnowsze. Tym bardziej, że Warszawa coraz bardziej przypomina mój ukochany Berlin. I mając kilkanaście czy dwadzieścia kilka lat można z tego korzystać. Później kiedy ma się dzieci, rodzinę i własny dom, to Warszawa staje się bardzo uciążliwa. Dojazdy, korki, cała komunikacja i uciekający w niej czas. Wyobraź sobie, że ja swoje przyjaciółki, które mieszkają na co dzień w Warszawie, spotykam w Koszalinie, kiedy wracamy tu na wakacje czy na święta – podkreśla Joanna. To już jest jakiś obłęd, że tam nie mamy kiedy się spotkać. Inne są też tempo życia i relacje międzyludzkie. Trudniej nawiązać wartościowe znajomości bo każdy gdzieś pędzi. Długo i dużo się pracuje i długo do tej pracy zwykle się dojeżdża i na inne sprawy naprawdę zostaje niewiele czasu.

    Dlatego nie zgadzam się z tym, którzy mówią, że mam tak świetnie bo mieszkam w stolicy, bo mam dostęp do teatrów, koncertów i wystaw. Tak, to oczywiście prawda, ale nie ma szans na spontaniczne korzystanie z tego. Bilety na ciekawe wydarzenia wcale nie są ani tak łatwo dostępne ani w bardzo dobrych cenach, a jeżeli już się uda, to taka wyprawa jest logistycznym przedsięwzięciem. Dla przykładu: na mikołajkową imprezę z córkami jechałam dwie godziny, a dodajmy do tego czas zabawy i powrót z niej.

    – W Koszalinie wszystko jest prostsze.

    – Naprawdę tak właśnie jest i myślę, że mieszkańcy często tego nie doceniają. I jestem zadziwiona, że tak się wszyscy przesiadają na samochody. Naprawdę radzę pomieszkać z miesiąc w Warszawie i od razu doceni się swobodę poruszania się rowerem, na piechotę czy komunikacją miejską, a nie samochodami.

    – Może jesteśmy wygodni i dlatego te samochody?

    – Ale to właśnie nie jest wygodne. Kiedy moja mama prosi mnie bym coś jej załatwiła i muszę pojechać samochodem, to dostaję nerwicy. Nie dość, że rozpędzam się „do trójki”, czwartego biegu prawie nie używam bo co chwilę są światła, pasy czy ronda, to jeszcze problemy z parkowaniem. A tak naprawdę, to wszędzie jest blisko i dużo łatwiej tam dojść niż dojechać. Nawet z dziećmi, bo Koszalin jest fajny i fajnie się po nim chodzi. Tu parkiem, tam ładną ulicą, a samochodem się kręcić po centrum, to jakaś udręka.

    – No dobrze, to odczucia dorosłej osoby, a jak Koszalin odbierają twoje sześcioletnie córki? Czy czują różnicę między miastem mamy a stolicą? Zauważają odmienność tych miast?

    – Może to dziwne, ale zdecydowanie tak. Właśnie ta dostępność jest dla nich najważniejsza. Podam taki przykład: Pojechałyśmy na piknik do Bornego Sulinowa i kiedy wracałyśmy, to powiedziałam im „Dziewczyny już jesteśmy w Bobolicach”, a one były zdziwione. Jak to, to nie jest cały czas Koszalin? I to jest doświadczenie dzieci żyjących w dużych miastach, gdzie jazda przez 40 minut nie oznacza opuszczenia tego miasta.

    Mimo młodego wieku często mówią, że tu jest fajnie bo wszędzie jest blisko, wszystko jest pod nosem. Pani w piekarni czy pan w warzywniaku znają je i uśmiechają się do nich.

    W placach zabaw możemy przebierać. Kilka dni temu pokazałam im szkołę, do której by teraz poszły gdyby mieszkały w Koszalinie. Kilka kroków od domu. To ja dłużej schodzę w swoim bloku w Warszawie po schodach, z drugiego piętra, niż one do szkoły by szły – śmieje się Joanna – i to jest ogromna zaleta Koszalina.

    Dużym atutem są tu relacje międzyludzkie. W warszawskim bloku mam osoby, których przez te kilka lat nie widziałam na oczy. Wiem, że ktoś mieszka w danym mieszkaniu, ale nie mam pojęcia kto. Tu nie jest przeszkodą nawet to, że pojawiamy się kilka razy w roku. Ludzie się tu po prostu znają. Uśmiechają się do siebie.

    – Wyobrażasz sobie, że przestajesz w którymś momencie przyjeżdżać do Koszalina?

    – Nie, w życiu. Nie ma w ogóle takiej możliwości. I to nawet nie jest kwestia samego Koszalina, ale całego regionu. To wszędzie jest blisko do ciekawych miejsc. Szczecinek, Połczyn Zdrój, Świdwin, Darłowo, całe wschodnie wybrzeże z przepięknymi plażami, Kołobrzeg, okolice Polanowa z interesującą historią. I naprawdę fajnie mi się tutaj jedzie. Już od Człuchowa, czuję że jestem u siebie i mogę jechać nawet pięć godzin. Wzrok odpoczywa, jest ładny krajobraz i cały czas mam niedosyt zobaczenia i pokazania dziewczynkom nowych miejsc.

    I to są takie rzeczy, które się docenia. Tylko trzeba umieć je porównać bo jak się mieszka całe życie w Koszalinie, to się tego nie widzi. Człowiek wsiada do samochodu na Zwycięstwa i jedzie trzy ulice dalej do sklepu i złości się, że nie ma gdzie zaparkować – a całkiem niepotrzebnie – podsumowuje Joanna.