Klaudia Tobiasz – jest jeszcze tyle miejsc do zobaczenia


    Plaże Morza Karaibskiego

    Przyszłam na to spotkanie zmęczona, po ciężkim, długim dniu. Wyszłam pełna energii, którą dostałam, uśmiechnięta i we wspaniałym nastroju. Klaudia Tobiasz świeci własnym blaskiem i zaraża energią. Koszalinianka, która na studia wybrała się do Danii, na Erasmusa na Teneryfę, a teraz nie może przestać podróżować po świecie. 

    Mieszkasz w Danii już siedem lat. Jak tam trafiłaś?

    Skończyłam Liceum na ulicy Podgórnej i tam pani Maja Kopterska uczyła mnie języka angielskiego. Była to niesamowita nauczycielka, która zaszczepiła we mnie miłość do języka. Bardzo chciałam studiować po angielsku. Pani Kopterska opowiadała nam też o swoich podróżach. Pamiętam, że któregoś razu wróciłam do domu i wyguglowałam sobie „studia za granicą” i tak trafiłam na Danię. Studia w Danii są bezpłatne. Pomyślałam sobie, że jest to ciekawa opcja i zaaplikowałam. Najpierw była rozmowa kwalifikacyjna w Warszawie, żeby sprawdzić poziom języka angielskiego. Dostałam się i wyjechałam. Ukończyłam tam studia magisterskie z komunikacji korporacyjnej i angielskiego.

    Narodowy Park Tyrona, Kolumbia

    Nie bałaś się? Nie byłaś przerażona na początku przenosząc się z Koszalina do Kopenhagi?

    Byłam bardziej podekscytowana. Już wcześniej dużo podróżowałam. Spędziłam pracując dwa miesiące w Portugalii. Czułam się zaciekawiona. To był taki pierwszy wyjazd z domu na dłużej niż na wakacje. Dopiero w dniu wyjazdu poczułam niepewność. Pierwsze kilka dni też były ciężkie. Poźniej jednak poznałam nowych ludzi, wszystko zaczęło się szybko toczyć. Ludzie mówią, że to odwaga, ale ja myślę, że to determinacja. Wiedziałam, że chcę studiować po angielsku. W Polsce nie było tylu opcji co teraz.

    Przyjechałaś do Kopenhagi i trafiłaś do akademika? Miałaś wynajęte mieszkanie?

    Miałam wynajęty pokój. To jest spory problem w Kopenhadze. Jest bardzo mało miejsc w akademikach, dlatego trzeba sobie samemu lokum organizować. Ceny są straszne. Z drugiej strony fajne jest to, że można dostać pracę studencką, za którą można się utrzymać. Rodzice mi pomagali. Zawsze mi powtarzali, że będą mi pomagać póki studiuję i tak też się działo. Jednak mając pracę studencką mogłam się spokojnie sama utrzymywać mimo, że czynsz za pokój był tak wysoki.

    A czym się zajmowałaś?

    To były różne prace. Jako studentka pracowałam w restauracjach, sprzątałam, roznosiłam ulotki, gazety.

    Udawało Ci się godzić pracę ze studiami?

    Momentami było trudno. Po zajęciach chodziłam jeszcze na język duński. Dania oferuje darmowe kursy dla obcokrajowców więc szkoda było nie skorzystać. Później dopiero szłam do pracy. Bywało ciężko. Takie są chyba prawa młodości, że człowiek ma wtedy więcej energii i może więcej.

    Opowiedz o kierunku studiów, które skończyłaś. Czemu się na niego zdecydowałaś?

    Na początku trochę inaczej wyobrażałam sobie komunikację. Sama też nie do końca wiedziałam, co konkretnie chcę robić. Gdy przeczytałam opis tego kierunku wydało mi się, że jest to coś w czym mogę się spełnić. Mogłabym pracować w firmach międzynarodowych, mieć styczność z ludźmi różnych narodowości. Do tego trochę multimediów, reklamy. No i oczywiście angielski. Uniwersytet pozwalał na dwa kierunki. Jeden główny, a drugi poboczny. Dla mnie to był angielski. uwielbiam gramatykę angielską. Mogłabym się tym zajmować godzinami. Byłam szczęśliwa na tych zajęciach.

    Podczas tych duńskich studiów pojechałaś jeszcze na Erasmusa.

    Pojechałam na Teneryfę i byłam tam rok czasu. Tam właśnie nauczyłam się hiszpańskiego. Wybrałam się tam z zerową znajomością hiszpańskiego, ale znajomość angielskiego była tam na takim poziomie, że nie miałam wyjścia. Mieszkałam z dziewczyną z sąsiedniej wyspy i z chłopakiem z Republiki Dominikany i nie byliśmy w stanie się dogadać nawet co do wysokości czynszu. Musieliśmy używać Google Translator. Natomiast to, co mi bardzo pomogło to ich cierpliwość, gdy już próbowałam mówić po hiszpańsku. Po trzech miesiącach byłam w stanie prowadzić już konwersacje.

    Skończyłaś studia pracą magisterską…

    Tak, ale ciekawe jest to, że w Danii nie broni się pracy magisterskiej. Zapytałam się mojego promotora czy mogłabym mieć taki egzamin, bo czułam tak trochę dziwnie, ale usłyszałam, że nie praktykuje się tego. Chyba, że są duże zastrzeżenia co do pracy, ale w moim przypadku żadnych nie było.

    Co zrobiłaś po skończeniu studiów?

    Duńczycy oferuja dofinansowanie dla osób, które zdobyły jakiś tytuł naukowy i szukają pracy po to by móc robić to spokojnie i bez stresu. Skorzystałam z tego, myślałam co zrobić ze sobą. Postanowiłam przez cały rok ciężko pracować, a potem wyjechać do Ameryki Południowej.

    To nie była praca Twoich marzeń?

    Celem było zebranie funduszy. Natomiast ja jestem taką osobą, która stara się dać siebie w każdych okolicznościach. Praca nie była super wybitna, ale lubiłam ją. Chodziłam tam z przyjemnością. Pracowałam z miłymi ludźmi. O Duńczykach mówi się, że są zamkniętymi osobami i nie jest to stereotyp, ale jeśli umie znaleźć do nich klucz to okazują się przemili.

    Narodowy Park Tyrona, Kolumbia, Indianie Arawuacos

    Mówisz, że Duńczycy są zamknięci w sobie. Trudno było nawiązać jakieś przyjaźnie w ciagu tych siedmiu lat?

    Prawdę mówiąc do tej pory jest trudno. Przyjaciół Duńczyków mogę policzyć na palcach jednej ręki. Na początku barierą był też język. Ja mówię w pięciu językach. Z duńskim było mi najtrudniej. Też z tego względu, że miałam mało okazji do ćwiczenia. Duńczycy, gdy tylko słyszą, że ktoś ma jakiś kłopot z mówieniem po duńsku natychmiast przechodzą na angielski, którym mówią świetnie. Więc nie było jak tego duńskiego używać. Ich mentalność też chyba do końca mi nie odpowiada. Duński sarkazm chyba mnie przerasta. Mam bardzo dużo znajomych, ale jest to raczej międzynarodowe środowisko.

    Wyobrażam sobie, że skoro studiowałaś po angielsku to nie Ty jedna byłaś z innych stron.

    Myślę, że około pięćdziesięciu procent ludzi na moim roku to byli studenci międzynarodowi. Będąc na wymianie na Teneryfie poznałam ludzi z Ameryki Południowej. Oni mi się bardzo spodobali. Otwarci, uśmiechnięci, zawsze zadowoleni. Po powrocie z Teneryfy wybrałam się jeszcze na miesiąc do Brazylii. Bardzo mi się podobało, ale było trochę niebezpiecznie. Gdy myślałam o kolejnej podróży wiedziałam więc, że raczej nie będzie to Brazylia. Padło na Kolumbię.

    Kolaż – Kolumbia, Panama, uczniowie Instytutu

    To tez nie jest synonim bezpiecznego kraju.

    To prawda. Miałam natomiast szczęście i trafiłam do miasta, które było bardzo bezpieczne. Nie miałam oporów, żeby późną nocą samej chodzić po ulicach. Poziom bezpieczeństwa był duży być może dlatego, że miasto, w którym mieszkałam leżało w jednym z najbogatszych regionów Kolumbii.

    Wyjechałaś do Kolumbii jako wolontariusz.

    Tak, gdy skończyłam pracę zaczęłam szukać właśnie takiej opcji wyjazdu. Było ciężko, bo wszystko co znajdywałam to był wolontariat odpłatny. To znaczy, że musiałabym zapłacić za możliwość pracy za darmo, co wydawało mi się dziwacznym pomysłem. Znalazłam w końcu stronę www.workaway.info. Tam trzeba się zalogować i założyć swój lub wspólny z kimś profil. który jest płatny. Ja zdecydowałam się na profil wspólnie z koleżanką. Kosztował nas chyba 38 euro. Znalazłyśmy kilka wolontariatów, które nas interesowały. Z wybraną trójką umówiłyśmy się na rozmowę na Skype. I po tych rozmowach zdecydowałyśmy, gdzie pojedziemy. Przed wyjazdem koniecznie trzeba dowiedzieć się dokładnie jakie są warunki. Jaki jest nasz zakres obowiązków, jakie są godziny pracy. Ważne jest też dowiedzenie się czego nasz pracodawca od nas oczekuje i czy tak naprawdę jesteśmy dobrym kandydatem. My miałyśmy zaoferowany nocleg w mieszkaniu dla wolontariuszy lub u rodziny jednego z uczniów, bo zdecydowałyśmy się na instytut nauki języka angielskiego. Zaoferowano nam też wyżywienie. Uczyłyśmy angielskiego czteroletnie dzieci i wiekowych seniorów, od zupełnie początkujących po zupełnie zaawansowanych.

    Villa de Leyva

    Tam spędziłyście sześć tygodni.

    Tak i byłyśmy zachwycone. Miasto Tunja leży dwie godziny drogi od Bogoty. Ludzie tam byli niesamowici. Tak przyjaźni i otwarci. Często zdarzało się, że nasi uczniowie zapraszali nas do domów, gdzie oczekiwała nas cała rodzina. Czułyśmy się naprawdę niezwykle. W języku hiszpańskim jest takie powiedzenie – mia casa es tu casa . I wszyscy nam tłumaczyli, że to nie są czcze słowa.

    Jaka jest kuchnia kolumbijska? Polubiłaś tamtejsze jedzenie?

    Mnie bardzo odpowiadało. W Kolumbii jest przede wszystkim ogromny wybór owoców, które ja uwielbiam. Jest tyle kolorów, smaków. Mnie najbardziej do gustu przypadły banany, które można tam spotkać w każdym rozmiarze. Okazało się, że najbardziej smakują mi te duże. Jeśli są zielone można wkroić je do zupy tak jak u nas ziemniaki, a dojrzałe je się jako przekąskę po uprzednim usmażeniu lub ugotowaniu. Typowy kolumbijski obiad składa się z ryżu, fasoli, soczewicy lub cieciorki, na talerzu jest też zawsze kawałek mięsa i mała sałatka.

    Po sześciu tygodniach uczenia angielskiego ruszyłyście dalej?

    Tak, ruszyłyśmy na wybrzeże. Na koniec zaplanowałyśmy wizytę w Parku Tyrona, który jest parkiem narodowym Kolumbii. Przepiękne miejsca i zupełnie inny klimat. Tam, gdzie byłyśmy do tej pory to było miejsce położone prawie trzy tysiące metrów nad poziomem morza i było tam dosyć chłodno. Trudno było oddychać. Natomiast nad Morzem Karaibskim było zupełnie inaczej. Ogromna wilgotność powietrza. Nie trzeba było jakiegoś specjalnego wysiłku fizycznego, by spływać potem.

    Hamaki w Parku Tyrona, Kolumbia

    Jak organizowałyście sobie noclegi?

    Korzystałyśmy z portalu couchsurfing.com. To dawało nam możliwość nocowania u osób, które żyły, mieszkały w miastach, które odwiedzałyśmy lub po prostu spotykania się z nimi na kawie. Dzięki temu poznawałyśmy te miejsca niejako od środka, mając tubylców za przewodników.

    Najpiękniejsze miejsce w Kolumbii?

    Jak dla mnie zdecydowanie Park Tyrona. Miejsce kompletnie dzikie, naturalne. Nie można tam było poruszać się po zmroku. Zmrok zapadał około 18.00 i trzeba było się gromadzić w pod takimi zadaszeniami ze słomy, a nocleg po prostu był w hamaku. Budził nas szum fal. Nie ma tam elektryczności, internetu. Coś pięknego. Jedynym mankamentem były komary. Używałyśmy repelentów, ale i tak byłyśmy mocno pogryzione. Piękne widoki, piękne plaże, można było znaleźć dzikie takie tylko dla siebie.

    Palmy kokosowe w Parku Tyrona, Kolumbia

    Masz już kolejne plany?

    Wróciłam z Kolumbii kilka tygodni temu. Przyjechałam do rodziców na Święta. Bardzo się za mną stęsknili. Szczerze mówiąc, nie wiem czy gdyby nie oni to nie przedłużyłabym tego wyjazdu. Teraz musze podreperować trochę budżet. Myślałam o tym czy już nie pora na poważną pracę… ale jest jeszcze tyle miejsc na świecie. Dopóki nic mnie nie trzyma, nie ogranicza to chcę to powtórzyć. Wtedy w Kolumbii szkoła zaoferowała mi przedłużenie kontraktu, bo się sprawdzałam w roli lektora. Więc może tym razem znajdę szkołę językową, gdzieś w Ameryce Południowej. Wtedy, gdybym dostawała wynagrodzenie mogłabym podróżować jeszcze więcej i być może kolejny rok właśnie w ten sposób spędzę.

    UDOSTĘPNIJ
    Dziennikarka. Pracowała w "Architekturze-murator", Radio Koszalin i TVP Szczecin, mama dziesięcioletniego kontrabasisty i dwóch księżniczek. Fanka rodzicielstwa bliskości. Od ponad dziesięciu lat wierna wielbicielka Koszalina.