Koszalińska Canzona i jej dyrygent


    Spodziewałam się srogiego mężczyzny. Wszyscy moi „chóralni” znajomi mówią o nim „Maestro” i to najczęściej „Maestro nie był z nas zadowolony”. Tymczasem spotkałam ogromnie sympatycznego człowieka, który wpadł do kawiarni ze skórzaną kurtką i kaskiem motocyklowym pod pachą.

    12038536_896590280421324_7738852432352607014_nStaram się, aby chór, który prowadzę śpiewał jak najlepiej – śmieje się Radosław Wilkiewicz. – Chcę przekazać wszystko to, co wiem o muzyce chóralnej i wprowadzić nas na jak najwyższy poziom. Głosy ludzkie muszą stworzyć harmonię, a żeby ona powstała trzeba dobrze prowadzić głos, prawidłowo oddychać. Dzięki temu uzyskujemy odpowiednie brzmienie głosu. To ma znaczenie, gdy scalamy wiele głosów. W tej pracy istotnych jest wiele szczegółów. Nie jest tak, że uczymy się melodii i już pięknie śpiewamy.
    Śpiewanie jest bardzo wyzwalającą czynnością. Jak tłumaczy dyrygent Canzony potrzeba do tego pasji. – Tego nie można robić bez serca, bo śpiewanie jest związane z ekspresją wewnętrzną, z potrzebą. Choć jednocześnie jest to czynność bardzo intelektualna. Nie da się śpiewać dobrze samym sercem. Rozum musi kontrolować emocje.

    Zastanawiałam się, jak to jest z tym śpiewem. Czy można przyjść do chóru nie mając wcześniej nic wspólnego z muzyką? – Minimum to jest słuch muzyczny czy odpowiednia skala głosu. Nie przeprowadzamy egzaminum jak do Akademii Muzycznej – uśmiecha się Radosław Wilkiewicz. – Ja nawet wolę osoby, które nigdzie nie śpiewały. Mogę je wtedy uczyć, a nie pracować nad wyplenieniem złych nawyków.

    Chórzyści spotykają się z dyrygentem dwa razy w tygodniu po dwie godziny zegarowe. Oczywiście, gdy chór ma do opanowania trudniejszy materiał czy konkurs przed sobą spotkań robi się więcej. W wakacje jest przerwa w próbach więc przed dzisiejszym koncertem chórzyści mieli weekendowe zgrupowanie w Sarbinowie.

    Warto się wybrać na ten koncert w koszalińskiej Katedrze. Podczas kończącego Festiwal Organowy wieczoru Canzona wraz ukraińskim chórem Potik i żeńskim chórem z Cewlina zaśpiewają „Glorię” Vivaldiego. – To trudne, tonalne dzieło, bardzo wymagające wokalnie – mówi dyrygent Canzony, a jednocześnie też Kanonu i Potika. – Są tempa, jest zaawansowana polifonia. To dzieło światowej klasyki chóralnej i śpiewają je głównie chóry profesjonalne. My pracowaliśmy nad nim od marca.

    Ciekawa jestem jak wygląda nauka tak dużych utworów. – Pracujemy na nagraniach – tłumaczy Radosław Wilkiewicz. – Nie mam drugiego dyrygenta czy asystenta, który mógłby pracować osobno z poszczególnymi głosami. Ja nagrywam więc ścieżkę każdego głosu grając i śpiewając, każdy zapisuje to w formacie mp3 i rozsyłam mailem. Na próbę każdy przychodzi już z opracowanym materiałem, który dostał wcześniej.

    Najgorzej jest oczywiście na początku prób nowego utworu – mówi dyrygent. – Śpiewamy wtedy po jednym głosie, nic nie brzmi jak powinno, jest nierówno, nieczysto, brzydkim dźwiękiem. Im bliżej koncertu, wykonania zaczyna się z tego tworzyć spójna całość, ładne brzmienie.

    20160609_204810Dyrygent musi mieć też sporo umiejętności z zakresu zarządzania ludźmi. Jednych trzeba pochwalić i wtedy starają się jeszcze bardziej, innych trzeba czasem skrytykować, ale tak, aby się zmotywowali,a nie poddali, jedni się lubią, inni nie. Chór to gra zespołowa i nie każdy to potrafi. – Chór jest bardzo uspołeczniającym doświadczeniem. Uczłowieczającym nawet – opowiada Radosław Wilkiewicz. – Są tacy, którzy się nie dadzą uspołecznić. Nie potrafią działać w grupie. Oni są na granicy. Albo nauczą się albo odchodzą. Wielu traktuje chór jak terapię grupową, która polega przecież na byciu między ludźmi i rozmowie. Chór zrównuje ludzi. Ci wszyscy prawnicy, lekarze, mechanicy, pielęgniarki którzy śpiewają są wobec muzyki równi. Nikt z nich nie zajmuje zawodowo śpiewaniem więc startują z tego samego poziomu. To bardzo ułatwia relacje.
    Potrzebujemy kultury – porusza ważną kwestię dyrygent Canzony. – Sztuka daje nam odpoczynek. To jest nasz drugi biegun, antidotum na wiele spraw. Bez sztuki jesteśmy jak bez duszy. Tylko w połączeniu ze sztuką jesteśmy kompletni. Śpiewanie to jest duchowość, oddziaływanie na własną duszę, leczenie jej.

    13346701_1041291019284582_6119110893421144737_nBardzo cenię sobie miejsce, w którym jestem – mówi dyrygent. Zatoczyłem koło po Polsce i wróciłem w końcu do miejsca, w którym zacząłem podróż. Ludzie, z którymi pracuję to moi bliżsi lub dalsi przyjaciele. Wychodząc na próbę nie myślę o tym, że idę do pracy. To dopełnia i wypełnia moje życie. Nie rozgraniczam tych dwóch sfer. Dla mnie ta praca to jest sposób na życie.

    Radosław Wilkiewicz zwraca uwagę, że to nie jest kosztowne hobby. – Sprzęt nosimy ze sobą. Jest to chyba w ogóle najtańszy sposób uprawiania sztuki. Śpiewanie uwrażliwia nas też na różne szczegóły. Zaczynamy dostrzegać oddychanie. Dobre oddychanie wpływa też na dobre dotlenienie mózgu. Gdy dotleniamy mózg, on lepiej pracuje, lepiej myślimy. Jesteśmy spokojniejsi. Gdy móżg lepiej pracuje, przestajemy czuć lęk, bo wierzymy, że poradzimy sobie z nieprzewidzianymi sytuacjami. Wierzymy w swoje kompetencje.

    Dyrygent Canzony ma plany chciałby rozbudować chór nawet do 40 głosów. Jest tylko jeden problem. Mężczyźni. Utarło się uważać, że śpiewanie jest taką niemęską czynnością. Tymczasem w chórze brakuje męskich głosów. – Przychodzą, ale bardzo starsi już panowie, a ja tymczasem potrzebuję młodych głosów. Śpiew jest dla wszystkich. Można się w nim zrealizować, osiągnąć dobre wyniki, a nawet doskonałość. To jest samodoskonalenie się po prostu.

    UDOSTĘPNIJ
    Dziennikarka. Pracowała w "Architekturze-murator", Radio Koszalin i TVP Szczecin, mama dziesięcioletniego kontrabasisty i dwóch księżniczek. Fanka rodzicielstwa bliskości. Od ponad dziesięciu lat wierna wielbicielka Koszalina.