Koszalińskie tatuaże z nagrodami w Niemczech!


    Tatuaż Marka Andrearczyka zdobył drugie miejsce w kategorii tatuaż dnia podczas 12. Międzynarodowej Konwencji Tatuażu i Piercingu w Dortmundzie.

    Z tatuażami jest ponoć tak, że albo się ich nie ma wcale albo zaczyna od jednego i potem nie można już skończyć. Koszaliński tatuażysta Marek Andrearczyk jest tego najlepszym przykładem. Choć jak sam mówi, ma brzydkie tatuaże, bo nie ma czasu się nimi zająć. Zajmuje się tatuowaniem innych po kilka godzin dziennie. Spotykamy się, by porozmawiać o nagrodzie, którą wywalczył w Dortmundzie.

    2. miejsce za tatuaż dnia na 12 Międzynarodowej Konwencji Tatuażu i Piercingu w Dortmundzie to nie byle co, prawda?

    To jedna z największych Konwencji w Europie. Uczestniczyło w niej 500 osób. Było sporo tatuażystów ze Stanów, z Meksyku, Japonii i Chin. Pełna mieszanka kulturowa. Bułgar zajął pierwsze miejsce. Ja się nie spodziewałem tego sukcesu. To było dla mnie szokiem, gdy wyczytali – Koszalin 2. miejsce.

    Na czym polegała Twoja konkurencja?

    Konkurencji było kilka. Moja była najważniejsza. Najlepszy tatuaż konwencji. Zadaniem był świeży tatuaż wykonany na miejscu. Bułgar pracował dwa dni nad swoim. Mój tatuaż zajął mi sześć godzin.

    Marek Andrearczyk podczas pracy

    Jadąc tam miałeś już w głowie plan?

    Tak, zrobiłem takiego leśnego diabła. Pomysł mój. Mam koleżankę, która pozwala mi na swojej skórze realizować moje pomysły. Przynosi mi szczęście, bo gdzie nie pojedziemy, to wracamy z nagrodą. Trzy razy już nam się udało.

    Jak się dochodzi do takiej biegłości?

    Nie wstydzę się powiedzieć, że w moim przypadku to jest już pewnego rodzaju sztuka. W przypadku tego tatuażu, gdybym miał półtorej godziny więcej to zrobiłbym go jeszcze lepiej. TO są lata pracy po prostu. Ja tatuuję od 19 lat. Przez pierwsze bazgroły, próby, błędy. Osiągnąłem już poziom, z którego jestem zadowolony choć to jeszcze nie jest to, co by nie satysfakcjonowało. Myślę, że aby osiągnąć umiejętności, które by mnie zadowalały potrzebuję jeszcze dwóch lat.

    Nauka jest chyba szczególnego rodzaju, bo błędy zostają na zawsze. Kiepski obraz można wyrzucić, tatuażu już nie.

    Tatuaż powstaje w ten sposób, że najpierw robimy projekt i szukamy odpowiedniego miejsca na ciele. Potem robimy plan wykonania tego tatuażu. To ważne, bo błędu niczym nie przykryjemy. W przypadku obrazów olejnych, jak jakaś kreska pójdzie nie tak, to możemy ją przykryć następną warstwą. W tatuażu nie ma takiej możliwości, dlatego plan pracy jest tak ważny.

    Masz jakiś swój sposób pracy?

    Robię sobie taki szkic, kalkę projektu, by złapać proporcje. Proporcje są mi potrzebne po to, by zrobić to szybko, bo jestem ograniczony czasem wytrzymałości danej osoby. Przy sześciu godzinach pracy to na pewno będzie boleć. Skóra dostanie milion razy igłą i nie ma sposobu, żeby było inaczej. Dlatego ważny jest czas. Moje tatuaże nie krwawią i nie czerwienią się mocno. W ogóle jeśli leje się krew to należy uciekać, bo to oznaka braku techniki. Różnie zaczynam. Czasami najpierw tło a czasami od środka tatuażu.

    Podstawowe pytanie, które zawsze pada w kontekście tatuażu – czy to boli?

    Boli. To zależy od miejsca. W jednym miejscu czujesz tylko lekkie drapanie, w innym miejscu trzeba mocno zacisnąć zęby. Nie wszystkie miejsca są dla wszystkich ludzi. Wiele zależy od indywidualnego progu bólu. Z drugiej strony jest jednak wiele środków znieczulających, które pozwalają to wytrzymać.

    Można mówić o czymś takim jak trendy w tatuażu?

    W zeszłym roku robiliśmy sporo napisów na nadgarstku i ptaszków, piórek, znaków nieskończoności. To są szybkie tatuaże. Ja je wykonuję. Nie zwykłem odmawiać ludziom – bo to nie jest mój styl, bo mnie się nie podoba. Ja robię wszystko i robię w każdym stylu. Dla mnie tatuaż to tatuaż. Jeśli potrafisz zrobić portret realistyczny to potrafisz zrobić prosto napis. 10-15 lat temu to były delfinki i motylki. Był też moment, że wszystkie dziewczyny robiły gwiazdki.

    A jak przychodzą do Ciebie nieletni, robisz tatuaże?

    Nie robię. Wiem po sobie, że te tatuaże są nieprzemyślane. Po czasie są zakrywane lub usuwane.


    Jak zaczęła się Twoja przygoda z tatuażem? 

    Miałem wtedy właśnie z czternaście czy piętnaście lat. To były czasy rocka w Koszalinie. Było dużo rockowych knajp, spotykaliśmy się w parku, taka rockowa anarchia. Dwóch kumpli przyniosło mi wtedy maszynkę – samoróbkę, a że ciekawy jestem to zacząłem bazgrać.

    Czyli sam sobie robić tatuaże?

    Tak, gdzieś jeszcze chyba nawet mam bazgroły z tego czasu. Pstryknięcie palcem i jestem tu, gdzie jestem. Nie było łatwo. Dużo było upadków. Kiedyś też były inne czasy i ludzie zupełnie inaczej postrzegali tatuaż niż teraz. Teraz jest łatwiej.

    Podejrzewam, że wtedy tatuaż raczej kojarzył się z pewnego rodzaju kulturą więzienną?

    Nawet teraz zdarzają się osoby, które go w ten sposób odbierają. Jednak poprzez media, zainteresowanie, kolory, których nabrał stał się wyrazem sztuki. Jest mocny, bo moim zdaniem to najtrudniejszy sposób uprawiania sztuki.

    Miałeś po drodze mentorów, którzy uczyli Cię tej sztuki?

    Nie miałem. Jestem kompletnym samoukiem. Wszystkiego nauczyłem się sam, na próbach i na błędach. Może dlatego osiągnięcie poziomu, który teraz reprezentuję zajęło mi więcej czasu niż innym artystom. Dzięki temu jednak nic mnie nie zaskoczy. Potrafię poradzić sobie z każdym problemem.