Kropla w Morzu – Magdalena Staniszkis – Żyjemy w antropocenie


    Fot. Bartosz Warzecha

    Rozmawiamy siedząc na tarasie mieleńskiego pensjonatu. Pijemy kawę, a rozmowa toczy się wartkimi zwrotami, przeskakujemy z jednego tematu na drugi. Jednak cały czas rozmawiamy o mieście, bo miasto to jest to, co Magdę Staniszkis interesuje najbardziej.

    Ciekawa jestem, jak prelegentki cyklu Kropla w Morzu będą interpretować ten tytuł. Wydaje mi się, że można mówić zarówno o kobietach w architekturze, ale też o samych rozmowach o architekturze i mieście, których ciągle zbyt mało.

    To prawda. Środowisko architektów nawet samo dla siebie nie organizuje dyskusji o architekturze. A jeżeli już, to rozmawiamy pokątnie i przeważnie obgadujemy nieobecnych. Nie ma środowiskowej dyskusji o architekturze. Nie ma. Pism o architekturze mamy tylko kilka. Jak się je przegląda to w zasadzie jest w nich to samo. Mnie bardzo brakuje takiej rozmowy. O architekturze się nie rozmawia, a urbanistyka to już w ogóle umarła nie tylko jako temat profesjonalnych rozmów.

    Fot. Bartosz Warzecha
    Fot. Bartosz Warzecha

    Przygotowując się do tej rozmowy oglądałam Twoje projekty i realizacje i zastanawiałam czy je można w jakikolwiek sposób opisać jednym słowem, przypisać do jakiegoś nurtu?

    Ja w ogóle nie wierzę w nurty w historycznym rozumieniu stylów i dodawania końcówek „izmów” katalogujących współczesną architekturę . W poszukiwaniu rozwiązań dla mnie istnieje tylko odpowiedź na określoną potrzebę w określonym miejscu. Żyjemy w antropocenie. Architektura jest zawsze przetwarzaniem Ziemi jak to bardzo syntetycznie ujmują Brenda i Robert Vale. Pytanie brzmi jak przekształcać środowisko we wszystkich działaniach żeby Ziemi nie zniszczyć . Mnie się wydaje, że odpowiedzią może być wyłącznie powściągliwość i pokora. Nie może być nieustającego wzrostu, bo przewrócimy się w końcu na plecy wspinając się tak ciągle do góry. Musimy się trochę ograniczyć, a to jest trudne. Ja się martwię o swoje wnuki. One nie będą żyły tak jak my, czyli ci urodzeni po wojnie. My byliśmy pokoleniem, które żyło w warunkach ciągłej poprawy, ciągłego rozwoju, wzrostu. Gdy chodziłam do szkoły na świecie było 3 miliardy ludzi. Teraz jest siedem. Ten wzrost wiąże się z z rozwojem miast, ale nie europejskich tylko miast Ameryki Południowej, Azji, Afryki. Europa robi się takim małym zakątkiem świata, a cały czas uważamy się za centrum. Chcemy promować powszechnie styl życia jaki w miastach zachodu się ukształtował , a tak się nie da. Gdyby wszyscy Chińczycy chcieli mieć tyle samochodów ile przypada na jednego mieszkańca w Warszawie to emitowane zanieczyszczenia mogłyby spowodować przesunięcie się osi planety. Nie da się zapewnić wszystkim mieszkańcom tego świata takich warunków jakie tu mamy dzisiaj, a cały świat właśnie do tego dąży. A przecież powinny nas obowiązywać wspólne zasady ochrony skończonych zasobów, odpowiedzialność wobec tego co obok, wobec tego dla kogo to jest. Gonimy za błyskotkami. Każdy student ma to w plecaku. Przychodzi, pokazuje, a ja pytam – dlaczego? Dlatego, że tak jeszcze nie było – odpowiadają. To jest zupełnie naturalna chęć bycia indywidualnością, ale zawsze szacunek dla miejsca i dla użytkownika lokalnie i globalna odpowiedzialność za wspólną Ziemię powinny być nadrzędne.

    Od dawna jesteś nauczycielem akademickim. Jacy oni są – dzisiejsi studenci?

    Ja już bardzo długo uczę i mam pewną perspektywę. Rozmawiam też ze znajomymi, którzy uczą różnych innych dziedzin i oni potwierdzają te moje refleksje. Więc tak wygląda chyba współczesność. Duże rozproszenie, spłycenie, nie zainteresowanie tym, co jest naokoło. Mówię, o jakiejś książce – cisza, mówię o jakimś filmie – cisza. Mówię o jakichś wydarzeniach w mieście, co jest ważne, zwłaszcza w urbanistyce – cisza. To jest niezwykle niebezpieczne i niepokojące. Brak zainteresowania wszelkimi zjawiskami życia, które toczy się naokoło. Bez tego moim zdaniem nie jest możliwa dobra architektura. Trzeba rozumieć zjawiska, które zachodzą, analizować, przewidywać. Bardzo jesteśmy skupieni na sobie, a nie chcemy ustępować na rzecz wspólnych relacji, wspólnego dobra. Brak jest rozumienia relacji, konsekwencji, następstw. Prawdopodobnie to jest kwestia modelu edukacji. Tego, co wybieramy – czy zdobywanie wiedzy czy naukę myślenia. Moje wnuki chodzą do międzynarodowej szkoły i robią jednocześnie program polski i kanadyjski. W programie kanadyjskim od pierwszej klasy pracują w grupach, robią tak zwane projekty, są uczeni samodzielnego zdobywania informacji. Mają tam też przedmiot, który się nazywa „enviroment” w którym zawierają się elementy architektury i urbanistyki. Projektują nowe miasta i najczęściej są to miasta, w których rządzi księżniczka, a niezbędne zasoby naturalne to najczęściej kopalnie złota i tak dalej. Ale tak dzieci uczą się zasad działania, a nie suchej wiedzy. Umiejętności kojarzenia, wyciągania wniosków, analizowania powiązań.

    To, co powiedziałaś nie wróży dobrze przyszłej architekturze.

    To jest nie komfortowe, bo mówimy przecież o moich uczniach, jeśli nie bezpośrednio to pośrednio. Ale tak właśnie jest. Z drugiej strony jednak jeśli inwestor płaci za projekt 0,5 procenta kosztów inwestycji to jak mają powstawać dobre projekty? Żeby za to wyżyć trzeba je robić szybko. A architekturę robi się mówiąc wprost siedząc na tyłku długie godziny i dochodząc do najlepszych rozwiązań. Nie jest możliwe zrobienie dobrego projektu szybko. Oczywiście są olśnienia, ale jeśli nie poświęcisz uwagi, czasu, szacunku temu, kto tam ma mieszkać, temu miejscu to są niewielkie szanse na dobry projekt.

    Chyba trochę inaczej jest gdy mówimy o developerze, a inaczej, gdy mamy do czynienia z Kowalskim, który chce projekt domu.

    W tym drugim przypadku architekt jest pewnego rodzaju intruzem w planowaniu najbardziej prywatnej, intymnej przestrzeni. Gdy mamy do czynienia z deweloperem, to nie ma co ukrywać, że oni po to wydają pieniądze, by zarobić. Muszą dojrzeć do tego, że lepszy projekt oznacza ich lepszy zarobek. Rynek bowiem jest już taki, że ludzie byle czego nie kupią. Nie kupują już metrów tylko przestrzeń do życia, która musi być wygodna.

    Dojrzałość inwestora jest chyba bardzo powiązana z dojrzałością architektoniczną zwykłego człowieka.

    Pamiętam, jak na odbiór biurowca Rodan przyszedł człowiek z urzędu nadzoru budowlanego. Przyszedł, wszystko się zgadzało, musiał podpisać, ale westchnął – wie pani, gdybym mógł ,to ja bym nie dopuścił do tego, by ten budynek powstał. Kwestia różnic w estetyce to jest coś co po prostu istnieje. Jednemu się podoba, a drugiemu nie.

    Ja w tym widzę brak edukacji jeśli nie architektonicznej to estetycznej. Umiemy wymienić kilku malarzy, ale już nie architektów.

    To prawda, taka edukacja, w sensie powszechnym, a nie specjalistycznym, nie istnieje. To widać na poziomie nawet bardzo światłych ludzi. Czasem pytam – macie bardzo fajny budynek, kto go zaprojektował? Najczęściej nikt nie wie. Podobnie na otwarciach różnych budynków – jest wykonawca, ale architekta nie ma. Już nie mówię o urbaniście. Tej osoby w ogóle nie ma. Po prostu urzędnicy zrobili jakiś plan. Kiedyś ten zawód miał większe znaczenie i większe było zrozumienie jego znaczenia.

    Kwestie estetyczne powinny być chyba sprawą obopólnego szacunku zarówno inwestora jak i architekta.

    Mnie się raz zdarzyło mieć takiego potencjalnego klienta na dom jednorodzinny. Przyszedł do mnie z teczką różnych żurnali. Powiedział, że mu się podoba tak, tak i tak. Odpowiedziałam wtedy, że nie jestem w stanie spełnić jego oczekiwań, bo jesteśmy na zupełnie różnych biegunach estetycznych. Zrobiliśmy też kiedyś dom – muchomorek, jak go nazwaliśmy, bo inwestor stwierdził, że chce mieć biały dom z czerwonym dachem. To dałam radę przełknąć. Bez inwestora nie ma architektury. Możemy sobie rysować, robić wizualizacje, ale bez inwestora nic nie powstanie. Tu musi być ogromne zaufanie inwestora, bo nie ukrywajmy on nie ma najmniejszego pojęcia co z tego wyniknie.

    Ja czasem mam wrażenie, że potrzeby inwestora stojące wbrew pierwotnemu pomysłowi architekta, zrealizowane z obopólną satysfakcją sprawiają, że projekt staje się lepszy niż mógłby być.

    Dobrego inwestora powinniśmy nazywać mecenasem. Bez dobrego inwestora nie powstanie dobra architektura. Dlatego szkoda, że nie mamy tak, jak na przykład we Francji obligatoryjności konkursów na budynki użyteczności publicznej. Kilka razy byłam sędzią w takich konkursach i wtedy, zwłaszcza jak się nie jest projektantem, widać często mądrość takiego inwestora, jak on wie czego chce, czego mu potrzeba. Często byłam bardzo zaskoczona jak dogłębnie rozmawialiśmy o potrzebach. Jak inwestor umie odczytać intencje w projekcie. Znamienne jest jednak też, gdy przygotowujemy warunki do konkursu, jak duże są obawy inwestora w kwestii tego, co będzie. W jury przecież nie ma większości, co będzie jeśli wybierzemy coś, czego on nie będzie mógł zaakceptować? Musimy bardzo wnikliwie poznawać oczekiwania inwestora i umieć przekonująco argumentować jakie wartości projekty reprezentują. Powodzenie konkursów, które są na pewno najlepszą metodą dla osiągania dobrej architektury, to konieczność współpracy i zaufania pomiędzy zamawiającym inwestorem i architektem ekspertem, który ma pomóc wybrać to z czym inwestor będzie się identyfikować i promować.

    Fot. Bartosz Warzecha
    Fot. Bartosz Warzecha

    Na koniec chciałam zapytać w kontekście jesiennego, kobiecego cyklu Morze Architektury czy jesteś architektem czy architektką?

    Ja nie lubię tego kobiecego nazewnictwa. Architektka, profesorka to źle brzmi. Urbanistka już lepiej. Są języki, w których kobiece formy brzmią pięknie. Mieszkałam parę lat we Włoszech i tam byłam pięknie brzmiącą profesoressą. Profesorka natomiast już nie ma żadnego uroku. Prawdopodobnie przyzwyczaimy się do żeńskich nazw, ale dla mnie nie ma to żadnego znaczenia.

    A kontynuując temat kobiet w architekturze – w pierwszym szeregu widać niemal samych mężczyzn.

    Pytanie, co to jest pierwszy szeregi i kto o tym decyduje? Mnie się wydaje, że tutaj bardzo duże znaczenie ma, że ktoś powie – o, to jest bardzo dobry dom. A ile jest takich pism albo opiniotwórców w Polsce? Na palcach jednej ręki możemy je policzyć. To jest myślę jeden z powodów. Promowanie czy lansowanie. To prawda, że w ramach tego skromnego rynku krytyki architektonicznej kobiety wypadają gorzej, poniżej statystycznej reprezentacji. Nie wiem czemu. Na studiach jest bardzo dużo dziewczyn. Nie wiem czy nie więcej niż chłopców. A potem gdzieś giną. To samo dzieje się na świecie i w zasadzie w każdej branży. Zaha Hadid była jedyną solistką wśród star architects. Ale jednak na kobiecy cykl Morza Architektury udało się zebrać kilka „kropli w morzu”.

    UDOSTĘPNIJ
    Dziennikarka. Pracowała w "Architekturze-murator", Radio Koszalin i TVP Szczecin, mama dziesięcioletniego kontrabasisty i dwóch księżniczek. Fanka rodzicielstwa bliskości. Od ponad dziesięciu lat wierna wielbicielka Koszalina.