Macierzyństwo – poziom: trudne


    Katarzyna Balcerek

    Kasię poznałam na spotkaniach Klubu Przedsiębiorczych Mam. Dla mnie było to pierwsze spotkanie z osobą niewidomą. Byłam pod wrażeniem sposobu, w jaki do orientacji w przestrzeni wykorzystuje zupełnie inne zmysły niż wzrok. Jednak dopiero, gdy na spotkanie przyszła ze swoją małą córeczką zrozumiałam, że jej macierzyństwo ma zupełnie inny wymiar.

    Czy Twoje macierzyństwo to zupełnie inny poziom trudności?

    Katarzyna Balcerek: Nie. Nie traktuję tego w ten sposób. Gdy człowiek zdaje sobie sprawę ze swoich ograniczeń to łatwiej mu je obejść. Ja nie widzę od urodzenia więc może dlatego łatwiej mi z tym funkcjonować, bo nigdy nie miałam innej możliwości.

    Na dziecko, w wieku, w którym jest Twoja córka trzeba ciągle patrzeć. Jak Ty na nią patrzysz?

    Ja ją wszędzie słyszę. Na prawdę. Nie muszę jej widzieć, żeby wiedzieć, że robi coś niebezpiecznego. Z tym nie mam zupełnie problemu.

    Podejrzewam, że tak jak zmysł słuchu zastępuje ci oczy to podobną rolę pełnią palce. Twarz córki widzisz palcami?

    Tak, czuję palcami jak rośnie, jak następują zmiany w proporcjach jej ciała. Poza tym, dla mnie jako masażysty pewne zmiany są łatwiej zauważalne palcami, szczególnie te niepokojące.

    Patrząc na Ciebie jestem pewna, że sama radzisz sobie doskonale, ale gdy zaszłaś w ciążę też miałaś taką pewność? Że dasz radę, że sobie poradzisz z dzieckiem?

    Na początku ciąży – tak, bałam się. Jednak im bliżej było do końca, tym miałam mniej obaw.

    Każda z nas ma pewne wyobrażenia związane z macierzyństwem, a później zderza się z rzeczywistością. Ty też?

    Pewnie! Przede wszystkim miałam karmić piersią. Karmiłyśmy się króciutko. To było dla mnie największe rozczarowanie. Inne dziewczyny na porodówce cierpiały z powodu nawału mleka, a ja tego mleka nie miałam wcale. Nawet nocne kolki mnie tak nie dobijały, jak fakt, że nie mogłam wykarmić swojej córki. A kolki miała ciężkie i po nocach. Później kolki się uspokoiły, ale Zuzia się rozregulowała i nie chciała spać. Pisałam z nią wtedy magisterkę.

    Skończyłaś pedagogikę.

    Tak, a pracę magisterską pisałam o trudnościach niewidomych matek. Nie tyle pisałam o trudnościach, co o tym jak te trudności omijać.

    Czyli de facto pisałaś o sobie?

    Trochę tak. Często pierwsza trudność to znaleźć ginekologa, który poprowadzi ciążę niewidomej matki. Środowisko medycznej miewa problemy z akceptacją takich pacjentek. Ja miałam szczęście, trafiłam dobrze. Jednak, gdy trafiłam do poradni diabetologicznej z cukrzycą ciążową, to chwilę mi zajęło, by przekonać pielęgniarkę, że poradzę sobie z glukometrem. Krótko karmiłam piersią, ale nie miałam problemów z przystawianiem małej do piersi. To jest chyba kwestia wyczucia ciała.

    Ty chyba z racji swej niepełnosprawności dużo lepiej znasz i czujesz swoje ciało.

    Tak, z tym nie mam problemu. Choć nie powiem, przed porodem zastanawiałam się jak to będzie. Potrafiłam przystawić ją w każdej pozycji. W rożku, bez rożka. Bez rożka było chyba nawet lepiej, bo bardziej mogłam ją wyczuć. Ze zmianą pieluchy nie miałam problemu, bo zaliczyłam trening na dzieciach siostry. Później, gdy zaczęłam jej podawać mleko modyfikowane musiałam znaleźć własną metodę na nalewanie wody, by nalać taką ilość jaka jest potrzebna. W końcu mąż mi na butelce naciął scyzorykiem wgłębienia. To samo można robić strzykawką, o określonej pojemności. Trzeba sobie po prostu wypracować pewne mechanizmy. Ja małą nosiłam w chuście, a później w nosidle.

    Nie budziłaś zdziwienia, a wręcz zgorszenia i przestrachu?

    Tak, często miałam takie komunikaty, że nie dość, że niewidoma to jeszcze dziecko w chuście nosi, przecież krzywdę mu zrobi. Choć z drugiej strony sporo też miałam takich miłych reakcji na nasz widok. Żałuję teraz, że nie byłam odważniejsza. Teraz już bym wszędzie sama się wyruszała. Wtedy na przykład z małą do lekarza szłam z mężem. Teraz miałabym już mniej stresu. Myślę, że to kwestia doświadczenia. Choć obecnie przez te remonty ulic muszę sobie podarować samodzielne spacery.

    Jesteś osobą trochę łamiącą nasze wyobrażenia o osobie niepełnosprawnej. Nie dość, że jesteś dającą sobie radę mamą, to jeszcze macierzyństwo łączysz z pracą zawodową i to w dodatku z pracą na własny rachunek. 

    Dopóki nie zaszłam w ciążę cały czas byłam aktywna zawodowo. Pracowałam wtedy na etacie. Gdy urodziła się Zuzia to zaczęłam się zastanawiać nad czymś własnym. Ja zawsze bałam się zacząć coś na własny rachunek. Bardzo mnie to przerażało i właściwie wcale się do tego nie garnęłam. Później doszłam do wniosku, że czemu by nie spróbować. Wyjdzie to wyjdzie, nie – to trudno. Z takim przeświadczeniem zaczęłam. Oczywiście, ja uważam, że wyjdzie, ale dobrze w trudniejszych chwilach pomyśleć sobie, że może nie wyjść i nic strasznego się nie stanie.

    Zawód masażysty wybrałaś dlatego, że to czucie dłońmi masz dużo bardziej rozwinięte niż u innych ludzi?

    Też, ale zawsze mnie fascynowały mnie zawody medyczne. Gdyby nie moja wada wzroku to pewnie byłabym lekarzem. Wiedziałam, że będę to robić dobrze. Ja zawsze wychodzę z takiego założenia, że jeśli już coś robić to trzeba to robić dobrze, a nie byle jak.

    Gdzie się uczyłaś masażu?

    Uczyłam się w krakowskiej szkole masażu. Najlepszej w Polsce.

    Jak zdobywałaś pierwszych klientów? 

    Ogłoszenia na OLX, ulotki, facebook. Oczywiście miałam na początku milion telefonów od różnych dziwnych firm z propozycją reklam. Gdybym wiedziała, że z tym właśnie będzie się wiązała jawność w CEiDG, to bym tej opcji nie zaznaczała.

    Jak zorganizowałaś opiekę nad córką? 

    Mała jest w żłobku albo z tatą, a w wyjątkowych sytuacjach wzywamy na pomoc dziadków, choć to trudne, bo mieszkają daleko. Raczej więc radzimy sobie sami.

    A jak sobie radzisz, ze stresem, który jest chyba nieodłączny w przypadku własnej działalności gospodarczej?

    Są takie miesiące, gdy telefon ciągle dzwoni i mam sporo klientów, ale też są takie jak sierpień, gdy są wakacje i wielu ludzi nie ma po prostu na miejscu, a ja mam pusto w gabinecie. Różnie sobie z tym stresem radzę. Na początku było ciężko, ale teraz staram się nie wkręcać w takie myśli. Uciekam wtedy do książęk i muzyki, żeby wyłączyć głowę.

    Myślisz o wyzwaniach, które na Ciebie czekają? Tych macierzyńskich i tych zawodowych?

    Zawodowo mam nadzieję, że wszystko będzie szło w dobrym kierunku. Chciałabym jeszcze zrobić parę kursów, które pozwoliłyby mi dość mocno rozszerzyć ofertę. Wprowadziłam już w tej chwili asortyment kosmetyków ręcznie robionych. Masła i oleje są rewelacyjne, zanim kupiłam do gabinetu testowałam je na sobie. W przypadku dziecka, to te wszystkie etapy – przedszkole, szkoła jeszcze przede mną. Choć przedszkole, to myślę, najmniejszy problem. Zacznie szkoła, zacznie się nauka pisania, czytania. Z tym wiadomo – to nie do mnie. Tu mąż będzie musiał sam dać radę. Liczę się też z tym, że zaczną się trudne pytania. Zuzia jeszcze ich nie zadaje, ale niedługo pewnie zacznie. Nie chciałabym jej z czasem obarczyć moją niepełnosprawnością. Nie chciałabym, żeby miała poczucie, że musi się mną opiekować.

    Wszystkie informacje  o gabinecie masażu Kasi znajdziecie tutaj

    UDOSTĘPNIJ
    Dziennikarka. Pracowała w "Architekturze-murator", Radio Koszalin i TVP Szczecin, mama dziesięcioletniego kontrabasisty i dwóch księżniczek. Fanka rodzicielstwa bliskości. Od ponad dziesięciu lat wierna wielbicielka Koszalina.