Marta Burczyk – szukam idealnego miasta do życia


    Z Kołobrzegu, na studia pojechała do Warszawy. Potem znalazła pracę w Trójmieście, z którego wróciła do Kołobrzegu. Jednak w rodzinnym mieście, nie zagrzała zbyt długo miejsca – teraz można się z nią spotkać we Wrocławiu – Marta Burczyk, dziennikarka.

    Nie myślałaś, by wyjechać na studia gdzieś bliżej, czy marzyłaś o „wielkim mieście”?

    Siostra namawiała mnie na Trójmiasto, w którym studiowała, a ja mimo wszystko wybrałam Warszawę. Pewnie dlatego, że znalazłam tam szkołę która mi odpowiadała. Bo mało kto wie, że studiowałam tam aktorstwo. Jednak po studiach stwierdziłam, że aktorstwo nie daje mi tego, czego oczekiwałam. Oczywiście, dzięki tej szkole mogłam stanąć na scenie, mam wyćwiczoną pamięć, nie stresują mnie wystąpienia publiczne i to, co teraz mi się przydaje – mam dobrą dykcję i wiem co znaczy emisja głosu. Jak widać więc, dało mi sporo jednak potrzebowałam chyba innej wiedzy i możliwości innego rozwoju, a to dopiero dały mi studia dziennikarskie. Jednak absolutnie nie żałuję, że skończyłam szkołę aktorską, bo poznałam tam mnóstwo fajnych ludzi, z którymi kontakt utrzymuję do dziś. O! Nauczyłam się tam, także tańczyć, bo to była moja słaba strona.

    Dlaczego nie zostałaś w Warszawie?

    Wcześniej mówiłam, że będę mieszkać w stolicy, do trzydziestego roku życia. Jednak jestem przed trzydziestką, a mnie tam nie ma. Chciałam dać szansę Warszawie, nie tylko jako miastu dla studentki, ale także dla pracownika. To się jednak nie udało, ponieważ poznałam swojego męża i postanowiliśmy zamieszkać w Gdyni, gdzie żyliśmy prawie dwa lata.

    Ale w Gdyni również nie zostaliście i na waszej drodze znów pojawił się Kołobrzeg. Kto był inicjatorem tej zmiany?

    Ja. Znowu ja. I cały czas, w naszym związku, to ja jestem prowodyrem zmian. Zawsze szukam ciekawej pracy i nasze zmiany miejsca zamieszkania są z tym związane. W Kołobrzegu pojawiła się szansa pracy, wtedy uważałam, że idealnej dla mnie i postanowiłam, że się przeprowadzimy.

    Ta decyzja ucieszyła chyba twoją rodzinę, chociaż na co dzień, połowy twojej najbliższej rodziny nie ma w Kołobrzegu.

    Jesteśmy taką specyficzną rodziną, bo do zawsze jesteśmy w rozjazdach. Tata i siostra są marynarzami i pływają na statkach więc nie ma ich w domu około ośmiu miesięcy w roku. Często się mijamy i bywa, że spotykamy się dwa – trzy razy w roku i niekoniecznie są to święta. Mama bardzo się ucieszyła, że będzie miała kogoś z nas blisko siebie. Jednak w praktyce to wcale nie były takie częste spotkania jak myślałyśmy. Zawsze spotykałyśmy się jakoś w tygodniu i jeżeli tylko było to możliwe, to w niedzielę na obiedzie. Mam jednak wrażenie, że kiedy jestem teraz na drugim końcu Polski, to mamy ze sobą lepszy kontakt niż kiedy mieszkałam w Kołobrzegu. I może trudno w to uwierzyć, ale codziennie prowadzimy długie rozmowy telefoniczne.

    Naprawdę?! Nigdy w życiu, bym cię o to nie podejrzewała.

    Naprawdę. Mam dla niej zarezerwowane sześćdziesiąt minut i opowiadamy sobie o wszystkim. O tym, co dzieje się na świecie, co w polityce i w miastach, w których mieszkamy. Rozmawiamy także o codziennych sprawach, czyli o tym co ugotowałyśmy na obiad czy o nowych przepisach na ciasta. I chociaż mamy taki codzienny kontakt, to bardzo lubimy się spotykać. Jeżeli tylko mogę, to jadę do Kołobrzegu albo rodzice i siostra przyjeżdżają do nas, do Wrocławia. Staramy się zawsze spędzić razem chociaż kilka dni i mieć ten czas tylko dla siebie.

    Tata i siostra są marynarzami, pochodzisz z Kołobrzegu i nie ciągnęło cię do marynarki?

    Nie, nie, nie… Absolutnie, ale co ciekawe uczyłam się w Zespole Szkół Morskich w Kołobrzegu. Idąc do techniku obiecałam sobie, że nawet nie chcę męża marynarza. Zrobiłam sobie taką nakładkę, filtr na oczy i po prostu nie zauważałam chłopaków w marynarskich mundurach. Chciałam mieć normalną rodzinę. I właśnie pokazuję jacy „normalni” jesteśmy, jeżdżąc z miasta do miasta, po całej Polsce, w poszukiwaniu lepszego życia.

    Czy przenoszenie się z miasta do miasta jest dla ciebie i dla twojego męża jakimś problemem? Nie zakorzeniacie się na tyle mocno, by żałować danego miasta.

    Dobrze to ujęłaś – nie zakorzeniamy się na tyle mocno, by przeprowadzka była dla nas problemem. Cały czas jesteśmy otwarci na zmianę i szukamy miejsca dla siebie. To czego żałujemy, to ludzie, których poznajemy w poszczególnych miastach. Może trudno w to uwierzyć, ale w każdym mieście, w którym mieszkaliśmy mamy grupę przyjaciół, z którymi utrzymujemy kontakt i do których chętnie wracamy, ale i tak zwyczajnie tęsknimy za nimi.
    Zawsze żałuję ludzi, nigdy miejsca. I zawsze kiedy pojawiam się tam, gdzie mieszkają przyjaciele to brakuje mi czasu by spotkać się ze wszystkimi, z którymi bym chciała. Zawsze priorytetem jest dla mnie rodzina i chociaż serce mi się kraje, to wolę te kilka dni spędzić z rodziną niż ze znajomymi. Szkoda tylko, że nie każdy to potrafi zrozumieć…
    Jeżeli mam powyżej czterech dni, to już spotkanie ze znajomymi staje się realne.

    Wiesz, że powiedziałaś to oficjalnie i teraz już nie uda ci się uniknąć spotkania?

    Mam nadzieję, że się uda. Będę na pewno dłużej niż cztery dni więc kawę możemy planować.

    Mieszkacie we Wrocławiu prawie półtora roku, czy nadal interesuje cię, to co się dzieje w Kołobrzegu?

    Tak, cały czas trzymam rękę na pulsie. To nie jest tak, że wyprowadzam się z danego miasta i zostawiam je na zawsze. Albo, że już w ogóle nie angażuję się w to, co się tam dzieje. Absolutnie, bo każde miasto, zostawia we mnie swój ślad, a zwłaszcza Kołobrzeg, który jest moim miastem rodzinnym i podoba mi się to się dzieje w tym mieście, jak się rozwija. Ostatnio ucieszyła mnie informacja, że będą tam mieli miejskie rowery. Ten sposób komunikacji jest dla mnie symbolem nowoczesnego miasta. Rowery ma Warszawa, Poznań czy Wrocław. Bardzo tęsknię za Kołobrzegiem. Brakuje mi świeżych powiewów powietrza, odgłosu buczka, kiedy nad morzem panuje mgła, pustych poza sezonem plaż i… świeżych ryb, których na drugim końcu Polski prawie nie ma.

    A za co polubiłaś Wrocław?

    Za historię podobną do Kołobrzegu – oba miasta przez pewien czas były miastami niemieckimi. Za ludzi, którzy tutaj mieszkają. Za piękne, stare kamienice i za sto mostów – jeszcze nie wszystkimi przeszłam, ale na pewno to zrobię. I za świetnie rozwiniętą komunikację miejską. Tak dobrą, że jakiś rok temu postanowiliśmy pozbyć się samochodu bo po prostu, nie ma potrzeby go mieć, mieszkając we Wrocławiu. A jeżeli będziemy się znów przeprowadzać, to kupno samochodu nie jest obecnie żadnym problemem.

    Powiedziałaś: jeśli będziemy się przeprowadzać. Czy to oznacza, że za jakiś czas, ponownie zmienicie miejsce?

    Tak, jest taka myśl. Kiedy już będziemy czuli, że we Wrocławiu osiągnęliśmy pewien pułap i że nie możemy się już rozwijać, to na pewno poszukamy nowego miejsca do życia. Muszę jednak powiedzieć, że Wrocław daje wiele możliwości kształcenia i dokształcania się. Są tu świetne uczelnie, mnóstwo bezpłatnych kursów i warsztatów. Dopóki więc mamy się czego uczyć, nie będziemy się wyprowadzać. Jednak nie powiedzieliśmy sobie: stop. Możemy mieszkać w każdym mieście, w Polsce i nie wiemy, gdzie zbudujemy sobie przystań. Chciałabym by było to bliżej rodziny, ale nie wykluczamy też któregoś z krajów nadbałtyckich, bo co nas ogranicza? Właściwie nic. Przed nami pewnie jeszcze wiele różnych miejsc życia i pracy. Jedno wiemy na pewno. Wiemy, że gdzieś na końcu naszej drogi chcemy mieć swój malutki domek nad morzem. Pewnie będzie to Kołobrzeg albo rodzinne strony Wojtka czyli Hel, ale na pewno wrócimy na stare lata, nad morze. Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej.

    UDOSTĘPNIJ
    Dziennikarka, przez całe swoje zawodowe życie związana z Koszalinem i nie wyobrażająca sobie mieszkania daleko od morza i jezior. Zawsze ciekawa ludzi i rozmowy z nimi. Ceniąca interesującą fotografię i architekturę.