„Muza Variete to moja baza, moje miejsce” – rozmowa z Jarosławem Barowem, współtwórcą pierwszego koszalińskiego teatru prywatnego


    Jarosław Barów to człowiek instytucja. Kompozytor, aranżer, muzyk, producent, a od siedmiu lat również współwłaściciel Teatru Muza Variete, który prowadzi razem z Jarosławem Loosem. Jako członek i leader zespołów muzycznych zjeździł niemal cały świat. Koszalinianie znają go z wieloletniej współpracy z kabaretem Koń Polski, czy kompozycji tworzonych dla Bałtyckiego Teatru Dramatycznego. Z Jarosławem Barowem rozmawiamy o tym dlaczego zdecydował się otworzyć własny teatr oraz o wyzwaniach związanych z jego prowadzeniem.

    Czym dla Pana była decyzja o otwarciu w Koszalinie prywatnego teatru – potrzebą realizacji ambicji artystycznych, biznesowych?
    To była po prostu konsekwencja w działaniu. Całe życie grałem, pracowałem na 4 kontynentach, w Europie występowałem w większości liczących się sal koncertowych. Przez 17 lat opracowywałem muzykę dla kabaretu Koń Polski, z którym każdego roku dawaliśmy po 100-120 występów. W międzyczasie przygotowywałem też muzykę do spektakli teatralnych, czynnie uczestniczyłem w życiu artystycznym Koszalina. W którymś momencie zapragnąłem czegoś bardziej stałego – mogłem zostać nauczycielem, mogłem też otworzyć coś swojego i na to się zdecydowałem.

    Muza Variete w tym roku obchodzi siódme urodziny i choć na świecie idea teatrów prywatnych znana jest od dawna, to przecież w Polsce zaczęło być o nich głośno dopiero kilka lat temu. Nie obawiał się Pan rozmiarów tego przedsięwzięcia, jego innowacyjności?
    Gdybym zakładał, że to się nie uda, to po prostu bym nie zaczynał, ale rzeczywiście początkowo moje ambicje były skromniejsze. Myślałem o otworzeniu restauracji ze sceną muzyczną. Od lat produkowałem niezależne przedstawienia, dlatego marzyło mi się miejsce, w którym mógłbym je na swoich warunkach wystawiać, ale o teatrze nie myślałem. Wszystko zmieniło się w momencie, kiedy BTD na czas remontu swojej stałej siedziby przeniósł się do opuszczonego budynku Muzy. Oczarowała mnie magia tego miejsca, miałem wrażenie, że tu sztuka smakuje lepiej, że jest to przestrzeń sprzyjająca twórczemu działaniu. Postanowiłem sprawdzić jakie urząd ma plany związane z tym miejscem – poszedłem do ówczesnego prezydenta Mirosława Mikietyńskiego, opowiedziałem mu o swoim pomyśle i później sprawy potoczyły się już bardzo szybko. Wspólnie z Jarosławem Loosem wyremontowaliśmy budynek i powołaliśmy do życia Muzę Variete.

    Mogłoby się wydawać, że prywatny teatr oznacza artystyczną niezależność, ale przecież tego typu inicjatywy dużo bardziej niż instytucje warunkowane są czystą ekonomią. W jaki sposób balansuje Pan między ambicjami artystycznymi, a koniecznością zarabiania pieniędzy, która siłą rzeczy spycha sztukę w stronę komercji?
    To jest nieustanny wybór. Utrzymanie tak dużego miejsca, opłacenie rachunków, honorariów, wynagrodzeń to bardzo duże obciążenia finansowe, które pokryć musimy z własnej kieszeni. Przygotowujemy wydarzenia i spektakle dla bardzo różnych grup wiekowych i o różnym charakterze – mamy bogatą ofertę dla dzieci, wachlarz wydarzeń kierowanych do dorosłych, współpracujemy też Uniwersytetem Trzeciego Wieku. Staramy się przyciągać różnych odbiorców, sięgać po różne gatunki. Z jednej strony musimy oczywiście wychodzić na wprost oczekiwań widzów, z drugiej zaś staramy się też kształtować gusta. Zresztą, podobnie jak wiele innych przedsięwzięć tego typu, nie zarabiamy wyłącznie na organizowanych przez nas wydarzeniach. W Muzie mamy też świetną kuchnię, przygotowujemy cateringi, organizujemy eventy firmowe. Staramy się działać wielotorowo.

    A czy uzyskujecie jakąś pomoc ze strony miasta?
    Na pewno czujemy przychylność władz, choć nie przekłada się ona na bezpośrednią pomoc finansową. Możemy liczyć na pomoc ze strony miasta podczas rozwiązywania problemów natury administracyjnej, niekiedy też otrzymujemy dofinansowanie na realizację konkretnego projektu. Koszalin tylko w tym roku na kulturę przeznaczył ponad 16 mln złotych, ale prawie w całości te pieniądze dzielone są pomiędzy instytucje. Rocznie na granty dla organizacji prywatnych i pozarządowych zostaje kwota 120-150 tysięcy złotych i myślę, że to jest wielki problem. Koszalinowi potrzebny jest porządny fundusz grantowy – moim zdaniem przydałoby się wydzielić milion lub dwa i przeznaczyć je na zasilenie prywatnych i pozarządowych organizatorów lub na projekty realizowane wspólnie przez jednostki sektora prywatnego i państwowego. Nie podoba mi się podejście, w którym każdy jest dla każdego konkurencją i postulowałbym wprowadzenie systemu finansowania, w którym promowane byłyby wydarzenia współorganizowane przez różne jednostki, gdzie jasno powiedziane by było co który z partnerów wnosi do projektu. W ten sposób mogłoby się okazać, że mamy szansę na nowe, świeże przedsięwzięcia i szeroką współpracę. Obecnie istniejący system jest wygodny dla samych instytucji, ale istnieje przecież sporo cennych prywatnych inicjatyw, które również zasługują na wsparcie.

    Sądzi Pan, że organizowanie przez instytucje państwowe darmowych wydarzeń psuje rynek?
    Tak, na pewno. Oczywiście nie każda impreza musi być biletowana, ale jednak prywatnego klubu czy teatru nie stać na to, żeby zorganizować darmowy koncert.

    A jak ocenia Pan koszalińską kulturę?
    Dużo zmieniło się w ciągu ostatnich 10 lat – myślę, że na lepsze, że obecnie zdecydowanie więcej się dzieje. Jakkolwiek nie podoba mi się, że pieniądze na kulturę przeznaczane są niemal wyłącznie na instytucje, to jednak doceniam oczywiście ich udział w kształtowaniu koszalińskiej sceny artystycznej. Uważam, że takie instytucje jak teatr czy filharmonia podwyższają rangę miasta, jego znaczenie. To dzięki nim w Koszalinie mieszkają artyści – sądzę, że to bardzo ważna wartość dodana. Tu żyją, uczą, wchodzą w tkankę miejską i oddziaływają na nas. To bardzo ciekawe czasy dla kultury w ogóle, myślę, że jako jej twórcy stoimy teraz przed wieloma wyzwaniami. Zacierają się granice między kulturą wysoką i niską, artyści coraz częściej mieszają te rejestry, a publiczność nie zawsze dysponuje niezbędnymi narzędziami, żeby móc ocenić wartość tego, w czym uczestniczy. Upadają autorytety, w Koszalinie brakuje też opiniotwórczych recenzji kulturalnych, dlatego przy wyborze wydarzeń odbiorcy coraz częściej sugerują się charakterem miejsca, do którego idą.

    Jak Pan uważa, charakter Koszalina ułatwia czy utrudnia prowadzenie takiego biznesu, jak Muza Variete?
    Na pewno byłoby nam łatwiej gdybyśmy prowadzili tego typu działalność w większym mieście. Przy większej populacji i – co za tym idzie – szerszej publiczności, przedsięwzięcia takie jak nasze mają szansę się sformatować. Łatwiej jest prowadzić działania idące w jednym kierunku, postawić na konkretny gatunek czy format i latami szlifować jakość. My, żeby zainteresować odpowiednią ilość odbiorców musimy płynnie poruszać się między różnymi rejonami sztuki, a chcąc zachować przy tym najwyższą jakość, po prostu mamy więcej pracy, musimy być bardziej wszechstronni.

    Wiele lat podróżował Pan po świecie, pracował w różnych miejscach – nigdy nie przyszło Panu na myśl, żeby się z Koszalina wyprowadzić?
    Lubię tu mieszkać i uważam, że to miasto ma duży potencjał, choć na pewno musi się bardziej otworzyć na ludzi z zewnątrz. Od lat problem stanowi infrastruktura – Koszalin ma trudne położenie, z dala od większych ośrodków, a jakość dróg raczej nas nie przybliża do takich miast jak Poznań czy Łódź. Dzięki lepszym połączeniom możliwe byłoby wydłużenie sezonu, a w turystyce widzę dla miasta spore szanse rozwoju. To jest ciekawe miejsce w ciekawym punkcie swojej historii. Koszalin szuka swojej drogi odkąd przestał być miastem wojewódzkim i mam wrażenie, że powoli ją odnajduje. W tym kontekście na pewno też cieszy mnie działalność grupy Made in Koszalin, do której należy Muza. Budowanie tożsamości lokalnej to bardzo ważne zagadnienie.

    Czym dziś jest dla Pana Muza Variete?
    Muza to przede wszystkim moja baza. Po latach podróży, przerzucania sprzętu magazynowanego w garażu, opracowywania logistyki zapragnąłem takiego właśnie miejsca, jak to. Tu czuję się u siebie – ja wyznaczam standardy, dokonuję wyborów, tu wszystko wynika ze mnie. Variete wiele mnie też nauczyło, bo wcześniej zajmowałem się głównie warstwą artystyczną projektów, w których uczestniczyłem, a tu odpowiedzialności mam znacznie więcej i to na różnych polach. I chociaż wciąż do teatru dokładam, to budowanie go pociąga mnie dużo bardziej niż zarabianie pieniędzy gdzie indziej. No i na szczęście, z roku na rok do działalności Muzy dokładać trzeba coraz mniej.

    Gdyby miał się Pan pokusić na małe podsumowanie z okazji siódmej rocznicy istnienia Muzy, to z czego jest Pan do tej pory najbardziej dumny?
    Trudno mi jest przywołać jedno wydarzenie. Myślę, że najbardziej zadowolony jestem z tego, że udało nam się wykreować i utrzymać przez tyle lat miejsce, w którym wiele się dzieje. Gospodarujemy poletkiem, które gatunkowo znajduje się między pubem a teatrem-filharmonią. Udało nam się zaprosić do siebie kilka gwiazd, choćby Justynę Steczkowską, Halinę Kunicką, Łukasza Zagrobelnego, czy ekipę teatru Buffo. Dużo podróżujemy, jesteśmy zapraszani z naszymi produkcjami do innych miast, a to też zawsze cieszy. Oczywiście chętnie częściej wystawialibyśmy rewie i musicale, ale bez finansowego wsparcia z zewnątrz to po prostu nie jest możliwe.


    Wywiad powstał w ramach cyklu MADE IN KOSZALIN, czyli mamy się dobrze! Cykl poświęcony jest MADE IN KOSZALIN oraz firmom i inicjatywom związanym z MiK. Otwarte dla publiczności Forum Made in Koszalin, podczas którego po raz drugi wręczone zostaną Laury MiK odbędzie się 2 grudnia w City Boksie.