Odważ się i pobiegnij


    Siedzisz na kanapie. Albo i nie. Czasami pouprawiasz jakiś sport, ale daleko ci do regularności. Nie lubisz się męczyć i dlatego chodzisz raz w tygodniu na pilates.

    Obserwujesz, jak naokoło coraz więcej twoich znajomych zaczyna biegać. Tak regularnie. Najpierw opowiadają, jak kilka razy w tygodniu wychodzą pobiegać, a potem widzisz na facebooku fotki z maratonu. Myślisz sobie, no nie, to nie musi być tylko dla herosów i nadludzi, skoro oni dają radę. No i kiełkuje ci w głowie taka nieśmiała, głupiutka myśl – może ja też bym spróbowała? Oczywiście od razu, odpowiadasz sobie, a idź ty może kobieto najpierw pobiegać samej po lesie, a dopiero potem snuj fantazje. Więc idziesz sobie pobiegać, ale wiadomo, z czasem coraz gorzej. Na wsi i w lesie – rano ciemno, wieczorem ciemno, w środku dnia przecież nie wyskoczysz. Przerwy w bieganiu robią się coraz dłuższe.

    Pewnego dnia myślisz sobie jednak, jak nie teraz to chyba już nigdy i zgłaszasz się do charytatywnego biegu na pięć kilometrów. Tłumaczysz sobie, że w końcu tu nie chodzi o żaden wyczyn tylko o zbieranie funduszy i zabawę więc może się tak strasznie nie ośmieszysz przybiegając ostatnia.

    Czekasz na start rozmawiając ze znajomymi i sąsiadami, których spotykasz i czujesz się coraz lepiej. Opowiadają jak to ostatni raz biegali w liceum albo że pewnie nie ukończą biegu, bo po drodze ducha wyzioną. Więc startujesz w tym doskonałym nastroju, że przecież nie będzie tak źle jak sobie wyobrażałaś. Biegniesz, na początku w ścisku, a potem widzisz jak mijają cię kolejne osoby. Zaczyna być pod górkę, a potem znowu pod górkę i już wiesz, że ani nie będzie tak dobrze, jak przed chwilą myślałaś ani tak źle jak wyobrażałaś sobie wcześniej. Będzie gorzej.

    Mniej więcej od połowy pierwszego okrążenia zaczynasz mieć nadzieję, że może skręcisz kostkę. To byłoby honorowe wyjście z sytuacji. Przecież ze skręconą kostką nie pobiegniesz dalej. Nic z tego. Mimo, że zbiegi są prawie pionowe, mimo, że błoto i mokre liście kostki trzymają się prosto i nie chcą iść na boki.

    Kończysz pierwsze okrążenie z myślą w głowie – a może dać sobie spokój? Zejść z trasy, w końcu co wielkiego się stanie. Prawie zdecydowana dobiegam, ale przy nawrocie robi mi się jednak głupio i z poczuciem porażki robię jedną górkę, drugą, w końcu tę ostatnią pionową. Drugie okrążenie jest zdecydowanie krótsze niż pierwsze i jakimś cudem meta jest bliżej.

    Udało mi się. Mimo usilnych próśb dzieci nie sprawdzałam swojego czasu. Mąż litościwie powiedział, że czip się zepsuł i nic nie pokazał. Ale wiecie, co? Zupełnie mnie to nie rusza, że przybiegłam pewnie jako jedna z ostatnich.

    Odważyłam się. Pobiegłam. Czuję się fantastycznie.

    UDOSTĘPNIJ
    Dziennikarka. Pracowała w "Architekturze-murator", Radio Koszalin i TVP Szczecin, mama dziesięcioletniego kontrabasisty i dwóch księżniczek. Fanka rodzicielstwa bliskości. Od ponad dziesięciu lat wierna wielbicielka Koszalina.