SiS bag Beaty Staszak, czyli historia pewnych toreb z Koszalina


    Pierwszy raz pomyślała o torbach kilka lat temu. Potem na jakiś czas zarzuciła temat, by teraz ponownie, za namową przyjaciółki spróbować podbić rynek. O tym jak powstają i czy można znaleźć dwie takie same, opowiada Beata Staszak – stylistka, pomysłodawczyni toreb.

    Podobno torby często powstają z potrzeby posiadania torby idealnej, przez samych projektujących. Czy tak też było w twoim przypadku?

    Na jakiejś związanej z modą imprezie w Koszalinie, spotkałam kolegę, z którym dawno się nie widziałam. Od słowa do słowa, okazało się, że produkuje plandeki z grubej, przezroczystej folii, a resztki są do wykorzystania. Zabrałam więc jej kawałek do domu, już wtedy myśląc o tym, że nieźle nadawałaby się na torbę. Na początku nie mówiłam o tym głośno, bo nie miałam pewności, że faktycznie można coś z tego zrobić. Mam jednak zaprzyjaźnionego od lat tapicera – pana Marka i to do niego poszłam z plandeką i z pytaniem, czy nadaje się ona na torbę. Wbrew pozorom, to wcale nie jest łatwe tworzywo. Pod wpływem ciepła, mięknie i się rozciąga, natomiast kiedy jest zimno, robi się bardzo sztywne. Wyobraź sobie, że sprawdzając jak się zachowuje materiał w różnych warunkach, wystawiałam ją na słońce, wkładałam do lodówki czyli robiłam prawdziwe testy konsumenckie, tyle że na rzemieślniczą skalę. Przezroczysta plandeka, to jednak tylko jedna trzecia torby. Jest jeszcze wkład i podszewka. Ja do części przezroczystej wkładam tylko telefon – dzięki temu, zawsze wiem, gdzie się znajduje oraz nikt nie widzi tego rozgardiaszu, który – jak większość kobiet – mam w środku torby. Z tą pierwszą torbą na ramieniu, zajrzałam do Pracowni Lodów w Koszalinie, gdzie o torbę zapytała mnie stojąca za mną kobieta. I tak się zaczęło, bo pani została moją pierwszą klientką.

    Fot. Agnieszka Stępniewska

    Czy teraz torby wyglądają identycznie jak ta pierwsza?

    Nie. Przeszły sporo modyfikacji. Ja też się sporo nauczyłam. Któregoś dnia wybrałam się do koleżanki, która produkuje rzeczy ze skór ekologicznych i kiedy ona zobaczyła moją pierwszą torbę, zaproponowała mi skorzystanie z resztek tych materiałów. Po wejściu do magazynu, poczułam się jak w raju. Naprawdę. Myślałam, że oszaleję z radości. Nawet w najśmielszych marzeniach nie przypuszczałam, że to będzie aż taka gama kolorystyczna. Do mojej dyspozycji były setki kolorów, a ja w głowie już widziałam, które ze sobą połączę. Do domu wróciłam z pełnym bagażnikiem, bo absolutnie nie mogłam się zdecydować, które kolory wybrać. Podobało mi się absolutnie wszystko. Dniami i nocami ślęczałam nad kawałkami skóry, składałam kolory, wybierałam odpowiednie zestawy i bez końca próbowałam. W efekcie zdecydowałam się na jeden model, który tylko w fasonie jest zawsze taki sam.

    Szyjesz tylko torby?

    Trochę później i też przez przypadek pojawiły się kosmetyczki. Wyjeżdżałam z córką na zawody taneczne i potrzebna była przezroczysta kosmetyczka, którą bez problemów można było włożyć do bagażu podręcznego więc taką nam zaprojektowałam i uszyłam. Na lotnisku kosmetyczkę wyłożyłam na taśmę i znów zdarzyło się identycznie jak w kolejce w koszalińskiej lodziarni, stojący za mną ludzie zaczepili mnie pytając, skąd mam taką kosmetyczkę i poprosili mnie o uszycie dwóch: damskiej i męskiej.

    Fot. Agnieszka Stępniewska

    Szycie toreb daje ci satysfakcję?

    Bardzo! Bo sporo otrzymuję zwrotnych informacji, że torby się sprawdzają. Mam już nawet takie panie, które zgłaszają się do mnie po kolejne torby. To, że komuś podoba się to, co zrobię. Fakt, że ktoś tego używa i cieszy go posiadanie takiej torby jest dla mnie ogromną radością. Jeszcze teraz, z trudnością do mnie dociera informacja, że to, co ja wymyśliłam podoba się także innym kobietom. Jest przecież tyle różnych toreb na świecie, a ktoś wybiera moją.

    Myślisz, że za jakiś czas to może być prawdziwy biznes, a nie jednoosobowa wytwórnia?

    Mi chyba trudno przychodzi takie myślenie, ale mam wokół siebie sporo osób, które uważają, że Sis bag ma przyszłość i że ja powinnam być konsekwentna i wytrwała w tym co sobie wymyśliłam. Wczoraj siedziałam i kroiłam materiał na trzydzieści toreb, ale te trzydzieści, to tak naprawdę jest dziewięćdziesiąt, ponieważ kroję plandekę, środek i podszewkę. Wszystko ręcznie i jednoosobowo. I pojawiała się taka myśl, że mogłaby być z tego konkretna marka, produkująca torby i kosmetyczki.

    Fot. Agnieszka Stępniewska

    Może za chwilę staniesz przed decyzją, że sama nie dasz rady?

    Już stoję. Już wiem, że muszę mieć kogoś, kto będzie chciał szyć je ze mną. Kogoś kto będzie miał trochę artystycznej smykałki i wiedział co nieco o kroju i szyciu. Wiem, także, że bardzo ważna jest praca w zgranej drużynie. Może więc to być osoba, która będzie miała mniejsze zdolności, a większe chęci, bo wszystkiego można się nauczyć. Tym bardziej, że nie jest to krawiectwo haute couture.

    Mamy już prawie wiosnę, za oknem. Z radością patrzysz w przyszłość?

    Tak, bardzo optymistycznie patrzę. Cieszę się, bo moje torby mogę znaleźć nie tylko w Koszalinie, ale i w Krakowie, Poznaniu i Pile. Są też w Szwecji i w Niemczech.
    Byłam też znów w moim ukochanym magazynie z resztkami i znów dostałam pozytywnego kopniaka, bo ponownie zakochałam się w kolorowych ścinkach. Pół dnia tam siedziałam i zachwycałam się kawałkami materiałów. Jeszcze koniecznie muszę znaleźć sposób na logo na torbach. Na dziś haftuje je mi mama koleżanki, a to praca mozolna i kosztowna… Wygląda na to, że kobiety polubiły moje torby, a to jest dla mnie największa radość.

    UDOSTĘPNIJ
    Dziennikarka, przez całe swoje zawodowe życie związana z Koszalinem i nie wyobrażająca sobie mieszkania daleko od morza i jezior. Zawsze ciekawa ludzi i rozmowy z nimi. Ceniąca interesującą fotografię i architekturę.