Violetta Świdroń – kobieta za barem


    Na spotkanie umawiamy się w Centrali Artystycznej, by jeszcze przed jej otwarciem dla gości, spokojnie porozmawiać. Ale spokój jest złudny. W tle grają młodzi muzycy szykując się do wieczornego występu, na łyk złocistego płynu wstępuje pan Jacek – widać, że to jeden ze stałych bywalców lokalu – na smyczy prowadzi psa, któremu obiecał spacer. Spokojnie więc nie jest, ale udaje nam się porozmawiać o siedemnastoletnim koszalińskim lokalu, z jego właścicielką – Violettą Świdroń.

    Czuje pani, że lokal jest już „dorosły”?

    Czuję to już od dawna, ale dopiero teraz wychodzimy na prostą. Przez te kilkanaście lat była niepewność, było sporo zakrętów i w zasadzie jesteśmy jedynym lokalem, który przetrwał i był cały czas otwarty.

    Czy od momentu powstania wiedziała pani, że to będzie taki właśnie, artystyczny lokal, łączący w sobie róże gatunki sztuki?

    Pewnie niewiele osób pamięta, że na początku to była kawiarnia internetowa. A z biegiem czasu, bliskość Bałtyckiego Teatru Dramatycznego sprawiła, że zaczęli w niej spędzać czas artyści i to nie tylko teatralni. Kawiarnię zaczynaliśmy tworzyć wspólnie z bratem, który zginął w wypadku, cztery lata po otwarciu Centrali. Wspólnie decydowaliśmy o jej powiększaniu o kolejne pomieszczenia i o tym jak ma wyglądać jej wnętrze. Z naszym lokalem jest też związana ciekawostka, byliśmy bowiem jednymi z pierwszych, którzy kontaktowali się ze swoimi klientami drogą mailową. Zbudowaliśmy bazę adresów i zawsze kiedy coś  organizowaliśmy, to powiadamialiśmy ich tą drogą, a potem – po wydarzeniu wysyłaliśmy notatkę i zdjęcia. Teraz, kiedy zawładnęły nami media społecznościowe, a na Facebooku można znaleźć niemal wszystkie informacje, wiem, że dokonaliśmy wtedy dobrego wyboru, decydując się na ten sposób komunikacji. Chociaż muszę powiedzieć, że mamy nadal takich klientów, którzy chcą by właśnie mailami informować ich o tym, co planuję w lokalu. Zdarza się, że przyjeżdżają ludzie z zagranicy i mówią: Nie opowiadaj co robisz, przecież ja wszystko wiem z maili.

    Czyli media społecznościowe, są pani wsparciem?

    Jak najbardziej. Swojego czasu zrezygnowałam z reklamy prasowej, uznając ją za nieskuteczną. Zdarzyło się to po tym, jak swoje ogłoszenie o organizowanym koncercie pewnego polsko-duńskiego zespołu znalazłam w czarnej ramce, między klepsydrą a informacją o morderstwie. Po takim ogłoszeniu, nie było żadnego oddźwięku więc zrezygnowałam z tradycyjnych źródeł informowania na rzecz internetu. I muszę przyznać, że sprawdza mi się to doskonale.

    Jak się żyje przez tyle lat, w trybie popołudniowo – nocnym?

    Do tego trzeba się przyzwyczaić i nie ukrywam, że dzieje się to kosztem życia osobistego. W zasadzie nie mam go wcale, bo praktycznie nie ma mnie w domu. Centralę uważam za lokal autorski i wiem, że właściciel musi być obecny. Dlatego niemal codziennie można mnie spotkać za barem. Jestem na miejscu, by dopilnować wszystkiego: jakości pizzy, która jest uważana za jedną z najlepszych w zachodniopomorskiem i atmosfery, która powinna w lokalu panować. Dzięki temu, że można ze mną porozmawiać i załatwić od ręki pewne sprawy, to wszystko staje się łatwiejsze do załatwienia. Tak jak z dzisiejszym koncertem. Ktoś mi powiedział, że jest młody chłopak, który może zagrać na gitarze mini recital. Był wolny termin i sprawa załatwiona. Do mnie nie trzeba pisać pism czy podań. Preferuję bezpośrednią formę kontaktu. I tak dzieje się cały czas. Ktoś podchodzi do mnie i opowiada o człowieku, który zrobił coś ciekawego lub był w fajnym miejscu, a ja tylko szukam terminu i pozwalam się zaprezentować.

    Tu naszą rozmowę przerywają trzy młode kobiety, które wpadły do Centrali na łyk czegoś zimnego i właścicielka musi stanąć na chwilę za barem. Ja mam czas, by porozglądać się po lokalu i przyznam, że choć byłam w nim nie raz, to zawsze odnajduję coś nowego, czego do tej pory nie dostrzegłam albo może wcale go tam nie było. Lokale tego typu mają tendencję do obrastania różnego rodzaju przedmiotami i tak dzieje się także w tym przypadku. I choć nie jest to wnętrze minimalistyczne, to chyba przez artystyczny klimat, przyciąga w swoje progi nawet tych, którym bliżej do oszczędnych form niż do barokowych. 

    Klientki obsłużone, możemy wracać do rozmowy.

    Ustaliłyśmy już, że nie jest łatwo pracować tylko wieczorami, ale chyba inaczej się nie da?

    Nie da się, ale jeżeli chodzi o moje funkcjonowanie, to ja by nie potrafiła wstawać o szóstej rano i iść do pracy. To zdecydowanie, nie dla mnie. Poza tym nie wyobrażam sobie pracy w biurze czy w fabryce przez osiem godzin. Jeżeli nie miałabym lokalu, to może byłabym ogrodnikiem, bo takie mam wykształcenie i jest to moja pasja, kolejna obok podróżowania.

    Czyli ma pani też czas dla siebie i lubi pani wyjeżdżać?

    Oczywiście. Z podróży czerpię wiele inspiracji i to głównie odzwierciedla się w naszym menu. Przepisy przywiozłam już z Turcji, Grecji, gdzie sprawdzam smak sałatki greckiej, takiej prawdziwej, która nie ma w swoim składzie kapusty pekińskiej. Teraz, znów pojadę na Sycylię. W czasie moich podróży odwiedziłam Australię, Afrykę Południową, Alaskę i wielokrotnie Stany Zjednoczone, a Islandia wywarła na mnie ogromne wrażenie. Nawet do Białogardu lubię jeździć…

    A gdyby miała pani wybrać takie miejsce do życia?

    Nie wybrałabym. Cały czas bym podróżowała, zatrzymując się na krócej lub dłużej w poszczególnych miejscach. Myślę, że nie warto wybierać tylko jednego miejsca, ale warto mieć dom, do którego się wraca i ja taki dom mam. Zaangażowałam się też niedawno w CouchSurfing i właśnie czekam na człowieka z Australii, który ma jutro do mnie przyjechać. Niedawno gościłam Francuza – totalny nomada, nauczyciela tańca, który od jedenastu lat, przenosi się z miejsca na miejsce, nie czując potrzeby, by osiąść w jednym miejscu. Wszystkie spotkania, miejsca i wszyscy ludzie, są dla mnie inspiracją.

    Dobrze rozumiem, że z jednej strony jest pani do Centrali bardzo przywiązana, a z drugiej daje sobie sporo wolności?

    Tak. Bardzo chętnie podróżuję. Teraz nie było mnie dwa miesiące i w lokalu poradzili sobie beze mnie, bez problemu. Oczywiście, dzięki internetowi mogłam doglądać tego, co się działo, płacić rachunki, ale bez mojej obecności też miejsce może działać i co najlepsze mieć się świetnie.

    I znów rozmowę przerywają nam ludzie, którzy weszli do lokalu, by porozmawiać z panią Violettą, tym razem CouchSurfingu, o którym i my rozmawiałyśmy kilka minut wcześniej. Dyskusja, przez chwilę toczy się wielowątkowo i już wiadomo, że mężczyzna, który pochodzi z Argentyny, zapewne zostanie zaangażowany w kolejny tematyczny wieczór. 

    Wszystkie pomysły na działania w lokalu, się sprawdzają?

    Niestety nie. Czasem wydaje się nam, że pomysł czy goście chwycą, a na sali jest kilka osób. Chociaż jest mi przykro, ale staram się zbytnio tym nie przejmować. Biorę też pod uwagę, że Koszalin, to miasto stutysięczne, które ma ograniczone możliwości przyswajania pewnych propozycji. Nie załamuje mnie to, wymyślam wtedy kolejne wydarzenie i zapraszam kolejnych ciekawych ludzi… O, idą już kolejni goście. Musimy niestety kończyć naszą rozmowę, ale gdybym była jeszcze potrzebna, to proszę dzwonić albo zajrzeć tu do mnie…

    UDOSTĘPNIJ
    Dziennikarka, przez całe swoje zawodowe życie związana z Koszalinem i nie wyobrażająca sobie mieszkania daleko od morza i jezior. Zawsze ciekawa ludzi i rozmowy z nimi. Ceniąca interesującą fotografię i architekturę.